czwartek, 21 września 2017

338. Gadatliwe zombie, czyli rycynianek patosu (2/3)

Drodzy czytelnicy!
To jest drugi odcinek analizy opka, którego akcja nie dzieje się w okupowanej Warszawie. Wszystko jest jak było, czyli realia okupacji są na tyle umowne, że aż niezauważalne. W dodatku, to chyba nie jest Warszawa, skoro jest tu ulica Chorza.
A poza tym: jest postępująca infantylizacja członków ruchu oporu oraz ich krewnych i znajomych, informacje jak działa cyjanek, czym właściwie jest Pawiak, dlaczego Powązki są tak rozległe, i w jakim celu rodzice wychodzą na spacerek.
Oraz wszechobecny rycynianek patosu, czyli słowotok na miarę biegunki słów przy obstrukcji sensu.


Nad tekstem pracowali: Kura, Jasza i Babatunde Wolaka


Rozdział 8 - Za mały na sabotaż



Styczeń 1941 roku przekomarzał się z Warszawą.
O, jak się wesolutko zaczyna!
Ale to były końskie zaloty:


Obsypywał jej wiślane włosy przypominającym płatki kwiatów śniegiem, smagał brzegi policzków mroźnym wichrem i chwytał za serce.
A sercem był oczywiście Plac Zamkowy.


Szesnasty jego dzień przybił gwóźdź na tablicy grobowca stolicy, kiedy to Niemcy zawiesili na pomniku Kopernika tablicę ze swoją wersją wcześniejszego napisu.
Tego zdania nie sposób zrozumieć bez pomocy sfery armilarnej.


Warszawiacy komentowali to cicho, mrucząc pod nosem coś o zaszczutych Szkopach.
Zaszczuci, powiadasz?
No ba, przemykają pod ścianami z lękiem w oczach…
Akcja “N” zaczęła się trzy miesiące za wcześnie, ale już dawała doskonałe rezultaty.


Zupełnie odwrotnie do Rudego, który był widocznie rad z takiego obrotu spraw.
Widząc to, podśpiewywał dziarsko:
Hu-ha, nic to gwóźdź na tablicy
grobowca stolicy!
Hopsasa!


Znaczy: działania Niemców stały się ostatnim gwoździem do trumny Warszawy (bo chyba tego idiomu chciała użyć autorka?), a ten się cieszy?


Szliśmy razem przy pałacu Zamoyskich w kierunku placu Teatralnego, niosąc ułożone w torbach, ukryte pod ubraniami książki. Rudy tak je porozpruwał i znowu pozszywał [te książki??? Albo ubrania?], że nieszczęsne i poharatane pakunki miały drugie dno, które odpinało się zgrabnie, gdy już opróżniło się to górne.
Nie chcieli robić żandarmom trudności, więc Rudy opracował wihajster, dzięki któremu drugie dno łatwo się odpinało. Najważniejsze - nie drażnić okupanta.


(...)


– Niech drusia [drusia-dzidziusia? Może jednak “druhna”, ewentualnie “druhenka”] nie płacze na mój widok, bo jak Zośka się dowie, znów powie, że zakład wygrał i będę mu oddawał gorzką czekoladę od ojca.
Rudy dostawał czekoladę od ojca?
Tak. To przecież normalne, że tatko daje dziecku czekoladkę. A jak dziecko broi, to dostaje gorzką zamiast mlecznej.
A skąd ojciec ją miał?
Z delikatesów Meinla. Tylko tam ją sprzedawano i to wyłącznie Niemcom.
Albo z czarnego rynku, gdzie dostarczali ją niemieccy żołnierze. Tylko… nauczyciela tajnego nauczania stać było na takie luksusy?
(Już pomijam fakt, że “gorzka czekolada” w wyobrażeniu autorki ma być zapewne jakaś gorsza od zwykłej… Pfffff, im bardziej gorzka, tym właśnie bardziej szlachetna - i droższa ;)
Czekolada musiała być gorzka, bo przecież była okupowana, podobnie jak herbata.
Gorzka jak ich los.  


(...)


Rudy odłożył torbę i wspiął się na podstawę pomnika. Rozejrzał się, czy aby nikt go nie widzi, po czym sprawdził jak mocno trzyma się przymocowana dzisiaj tablica.
Skubana, zaparła się mocno, objęła siedzisko uczonego i ani myślała puścić.
Objęła go za dupę i ani drgnie!


Na pomnik włazi także druhna Kasia i razem podziwiają widoki.
(...)
W każdej chwili mogli postrzelić nas wielbiciele granatu, jednak nie było to ważne.
A wielbiciele zawleczki zapewniali im sporo rozrywki.
Zwłaszcza gdy dali się wciągnąć w “starą, niemiecką zabawę”.


(Nie wiem, czy wiecie, ale rekrutacja do policji wyglądała tak, że pytano kandydatów o ich ulubiony kolor i przyjmowano tylko tych, którzy powiedzieli “granatowy”. Tak było, to prawda!)


(...)


***
24 stycznia 1941 roku.


Chłopaki zaczynają akcję przeciwko fotografom wystawiającym w swoich witrynach zdjęcia niemieckich żołnierzy.


Czytelnicy, podziwiajcie urodę narracji. To jest mała próbka mistrzostwa językowego, jakim epatuje aŁtorka:
Pierwsza akcja przeprowadzona w połowie tego miesiąca polegała na wybijaniu szyb fotografom. Zadanie to było nie lada, gdyż herosi kamery przebywali w swych królestwach głównie przy tych największych ulicach.
Ktoś tu chyba startuje w konkursie na najbardziej odczapny synonim.
Na ich wystawach królowały fotografie niemieckich oficerów, co zniesmaczało mieszkańców stolicy i oburzało mych drogich przyjaciół.
Drodzy przyjaciele, sącząc herbatę z cieniutkiej porcelany (i koniecznie odginając paluszek!), dystyngowanym półszeptem wyrażali swe oburzenie.


Urządzili więc sobie zawody w trafianiu do celu i patrzyli, jak kamienie lecą wprost w objęcia szklanych warowni.
Szklane warownie (coś jak z Żeromskiego, tylko bardziej) miłośnie przygarniały je do kruchych piersi… by potem kryształowymi łzami płakać nad zdruzgotanym sercem.


Gdyby tylko takie kamienie rzucały się gdzieś za tamtych lat…
Same się rzucały.


(...)
Wybrałam się z nim raz na taką wycieczkę, [z Alkiem na akcję tłuczenia szyb] gdyż poprosił mnie, bym była świadkiem jego wyczynów, gdyż założył się z Rudym o gorzką czekoladę [asceza, aż płakać się chce], że zbije wszystkie stoiska na Marszałkowskiej.
Najpierw zbije je gwoździami do kupy, żeby się nie ruszały, a potem zbije rózgą po słabiźnie
***.
Mamy tu typowy przykład użycia synonimów z dupy wziętych, gdyż “stoisko” oznacza w tym przypadku witrynę fotografa.


Marszałkowska nie była targowiskiem, lecz reprezentacyjną ulicą miasta. Żadnych stoisk, bud, kramów, ani straganów wzdłuż niej nie było.


A że Alek należał do najodważniejszych ludzi w Warszawie, to naładował kamyków do kieszeni, wsiadł na rower i jadąc sobie sławetną [!] ulicą obrzucał bruk ciężkimi skałami
Dziw nad dziwy - do kieszeni naładował kamyków, a rzucał ciężkimi skałami i to nie w kierunku okien wystawowych, ale na ulicę.
W szklanych warowniach mają też szklane bruki, a jemu było wszystko jedno, co tłucze.
Nie na darmo był najodważniejszym z dzielnych.
A może liczył na to, że odbiją się od bruku i rykoszetem trafią w witryny?


niby słodkie dziewczę sypiące kwiatuszki z koszyczka.
To też była młoda samiczka trolla. Tylko one rzucają skałami jak płatkami kwiecia.


Szłam za nim powoli i rozglądałam się, czy aby żaden policjant nie zechce zabawić się z nami.
A co, wielokącik jej się zamarzył?


Zajęci byli oni jednak pałowaniem jakichś mężczyzn za rogiem [to nie PRL] i nie zauważyli wyrośniętej Glizdy jadącej sobie przez chodniki.
Wyrośnięta glizda na rowerze, rozsypująca skały. To można tylko narysować.
Zaczynam podejrzewać, że nie czekoladą harcerstwo się napędzało.


(...)
Rozdział 9 - Świnie znają się na kinie
No, ba. Oglądają tylko “Perły z lamusa”.


Tym razem nasi bohaterowie malują na ścianach świnki i hasła “Tylko świnie siedzą w kinie”, a także zamierzają nauczyć rozumu niejakiego Paprockiego.


– Do rzeczy. – Chrząknął po dłuższej chwili milczenia i namysłu. – Skoro nasze dotychczasowe działania nie dały żadnych rezultatów, to oczekuję, że dzisiejsza rada Buków coś da.
Jakieś pomysły?
– A gdyby tak... – Rudy zwrócił się do mnie. – Kasiu, twój tata jest dziennikarzem, prawda?
– Tak – przytaknęłam. – W „Nowym Kurierze Warszawskim".
Uuuu… srogo.  Jak widzimy, ojciec świetnie odnalazł się w realiach okupacji.
I zamieszcza tam entuzjastyczne artykuły o zwycięstwach niemieckiej armii?
Sabotuje wysiłek wojenny Rzeszy, uszczuplając finanse Niemców o swoją wierszówkę.


Janek wstał i podszedł do komody przy ścianie, na wprost okna. Otworzył jedną z szuflad i wyjął sobotnie wydanie wspomnianego pisma. Rzucił okiem na jakieś artykuły i wodząc palcem po linijkach tekstu, przygryzł usta.
Wtem, znalazł coś i położył przed Zośką.


– Zobacz. Co tydzień piszą tu, że prenumeruje on niemieckie pisma.
Jest wziętym restauratorem, jego lokal przy Madalińskiego ma dobre obroty.
To wygląda tak, jakby chłopcy dopiero szukali jakiegoś haka na Paprockiego - tymczasem całą akcję zaplanowano WŁAŚNIE dlatego, że facet ogłaszał się w prasie jako pośrednik w prenumeracie “Der Sturmera” i innych niemieckich pism.
Czyli nie prenumeruje, ale udostępnia prenumeratę.


– A więc co proponujesz? – Zawadzki uniósł brwi.
– Wybicie mu szyb byłoby najprostsze, ale uciekaliśmy się już do tego. Skoro on broni się pismem, to my nim zaatakujemy.
Broni się pismem? Te ogłoszenia o prenumeracie miały jakoś go chronić przed wybijaniem szyb?
Wystawiał w oknach paczki gazet: równocześnie osłona i reklama.


– Bytnar skinął na Alka, by ten przyniósł mu coś do pisania. Dawidowski podał mu kartkę, a Rudy zaczął kreślić na niej krągłe literki.




***
„Niniejszym informujemy, że obywatel Paprocki ma na zbyciu słoninę w taniej cenie. Można towar ten drogocenny nabyć u niego w restauracji na Madalińskiego."
Ogłoszenie rozwieszane na przystankach brzmiało zapewne “Słoninę tanio sprzedam”. Napisane w trzeciej osobie i tak kwiecistym językiem budziłoby od razu podejrzenia, że to jakaś ściema.
Jeśli w ogóle szmuglowana ze wsi słonina potrzebowała jakiejkolwiek reklamy. Raczej szła na pniu, dla najbliższych znajomych.
To też kanon, rozwieszali takie ogłoszenia, żeby udręczyć Paprockiego tłumem walącym do drzwi, ewentualnie próbującym się dodzwonić w sprawie słoniny.
Tłum gości dla restauratora musiał być czymś okropnym.


Karteczka zawisła na przystanku tramwajowym pod Starym Miastem [pewnie tym przy tunelu W-Z], a uradowany Rudy popatrzył na Alka z dumą. Dwaj chłopcy popędzili w stronę restauracji, prześcigając się w tej gonitwie po ulicach stolicy.
Biegli ze Starego Miasta na Górny Mokotów i nikt ich nie zatrzymał.


(...)
Bo trzeba wiedzieć, że nie każdy miał siłę, by brać udział w takowych akcjach. Wiele osób, takich jak Agnieszka Warsińska, przyboczna Róż, czy choćby Jagoda Pawlus, siostra jednej z harcerek [oho, czyżby autorka uwieczniała tutaj swoje koleżanki?] – oni nie chcieli [wiele osób (...) nie chciało] wiązać się z sabotażem. Ani tu, ani w Krakowie, gdzie malowano szubienice w różowe kwiatuszki, ani w Gdańsku, gdzie rozwijały się prężnie Hufce Polskie.
Totalnie je widzę, jak siedzą nad mapą i wybrzydzają.


(...)
***
15 kwietnia 1941 roku.


Siedziałam w domu zszywając lalkę Amelki, gdy Hela weszła do mieszkania, otwierając drzwi zapasowym kluczem.
Miała klucz do mieszkania przyjaciółki, więc wchodziła gdy chciała.


Pomalowane na biało ściany zalśniły od słońca, aż musiałam zmrużyć oczy. Ubrana w błękitną sukienkę popatrzyłam na przyjaciółkę,
Gdyby miała na sobie inną, to by nie popatrzyła. Logiczne.


która ułożyła przede mną różnego rodzaju farby i pędzle.


Piszesz mi w liście, że kiedy pada,
Kiedy nasturcje na deszczu mokną,
Siadasz przy stole, wyjmujesz farby
I kolorowe otwierasz okno.


Więc chodź, pomaluj mój świat
Na żółto i na niebiesko,
Niech na niebie stanie tęcza
Malowana twoją kredką.
[Zespół 2+1]


Jaszu, wykrakałeś. Rozdział 20 nosi tytuł “Pomaluj mój świat w kotwice i…” w barwne ptice?  ;)


Odłożyłam zabawkę oraz igły i spojrzałam na przedmioty, które się przede mną malowały.
Na żółto i na niebiesko!
Albo robiły makijaż i malowały się nie do poznania?


(...)


Dwie dziewczyny reorganizują harcerstwo i zmieniają losy świata.


Myślę, że powinnyśmy podzielić Róże na zastępy starsze i młodsze. Te drugie zawiesić w działalności do końca wojny, a te pierwsze…
– A wiesz, kiedy będzie koniec? – Spojrzałam na nią. Odkręciła [!] się do mnie, a jej ciemne oczy błysnęły. Zawiązałam wstążkę na końcu fryzury i usiadłam przed nią. Kabicka zerknęła na mnie z powagą.
– To zależy tylko od nas, Mała – powiedziała twardo.
A nie od jakiś tam aliansów na politycznych szczytach, ani od przewagi militarnej którejś ze stron. One dwie to załatwią, gdy tylko będzie im się chciało..


(...)
Choć młodsza ode mnie o krucho ponad miesiąc,
Ile to jest “krucho ponad”? Bo do tej pory słyszałam tylko o “grubo”.


to wydawała się starsza o kilka lat, tak bardzo była poważna i pełna gracji. Bo dziewczyna powinna być pełna gracji. Niczym królowa. Na pozór zimna i dostojna, lecz gdy się ją pozna, to najcieplejsza osoba na ziemi. Powinna dbać o siebie i swoją przyszłość.
Wiecie, szukać bogatego męża itd.


A wtedy mężczyzna jak ugotowany, popędzi za taką na skraj świata i jeszcze dalej.
Wykipi jak mleko.


Właśnie dlatego na punkcie Heli tak oszalał Zośka, wcześniej Edmund z naszego gimnazjum, Tomek z Buków czy Antek, przyjaciel Baczyńskiego. A Kabicka obracała ich sobie wokół palca i posyłała w siną dal.
Lubię, jak się takie randomy wyłaniają z nicości, żeby zaraz znowu w nią zapaść.
Przyjeżdżają z Ra(n)domia i od razu tam wracają.


A ja? Ja byłam pod tym względem dzieckiem. Dopiero uczyłam się kochać miłością inną niż ta matczyna.
Yyy... Amelka nie jest jej siostrą?


Uśmiechem zasłaniałam mój strach przed rozmowami z Rudym, których przecież tak bardzo pragnęłam. Minęły dwa lata odkąd go poznałam, a wciąż miałam wrażenie, że to, co jest pomiędzy nami, to zaledwie przedsionek czegoś, co potrafiła stworzyć Helena.
Bo Helena skończyła architekturę, a ty ledwie technikum budowlane.


Chłopak imponował mi, to prawda. Lecz nie tak, jak normalnie chłopcy imponują dziewczętom, nie. Podziwiałam jego wady.
Nikt nie kocha tak jak łobuz!


Wady, nad którymi tak zręcznie umiał pracować.
Co dzień rozwijał je i doskonalił.


(...)


Rozdział 10 - Sam jestem zgubiony



Zbliżał się maj 1941 roku, a wraz z nim kończył się czas przeznaczony Heli.


Heli rozważania o życiu:


(...)
W gruncie rzeczy ludzie są nieśmiali, zlęknieni. Zamiast wyciągać dłonie, to zaciskają je. A zamiast kochać, to nienawidzą.
Każdy nieśmiałek w głębi duszy tak nienawidzi, że strach!


(...)
Kabicka siedziała w swym domu na Pradze i bębniła palcami w szybę, po której spływały pokaźnej wielkości krople deszczu.
Jej ciemne oczy wlepione były w ulicę Brzeską, po której klekotały się wózki z warzywami, stukotały stragany z lodami i słychać było nawoływania sprzedawczyń z bazaru Różyckiego.
Ho ho, bogato w tej Warszawie AD 1941. Na każdym rogu możesz kupić świeże lody z najlepszego mleka, śmietany, żółtek i cukru! Z prawdziwą wanilią, a co!
Wózki z lodami miały wmontowane takie wyjce, które szarpały uszy: dilu-dilu-tralala!


Dziewczyna przygryzła lekko wargi i spojrzała na pustą kartkę przed sobą. Rok. Długi, męczący rok i nic. Pustka. A wraz z nią koniec.
Writer’s block, taaa, znam ten ból.


Zadawała sobie pytanie „dlaczego?". Dlaczego zgodziła się na ten chory proceder i dlaczego jej się nie udało. Dlaczego przestała czuć i dostrzegać. Dlaczego nie potrafiła wybrnąć z tej sytuacji, gdzie ceną było życie, a karą stała się śmierć. Nie spłaciła długu, na którego oddanie dano jej tyle czasu.
Nie rozkochała Tadzia i rodzice pójdą do piachu, buuu… :(


Tyle czasu i tyle samo łez, koszmarów, strachu. I pocałunków.
A jednak! Jest nadzieja!


(...)
[Hela] Była wzorem cnót drużynowej, idealną patriotką, kimś, w kogo zapatrzone były małe harcerki. A teraz? Teraz nie miała już sił. Upadła, tak samo jak Polska.
NO RACZEJ NIE, biorąc pod uwagę, że Hela kolaborowała, a Polska, generalnie – nie.  


– Przepraszam cię, Tadziu... – wyszeptała, po czym zacisnęła dłonie na papierze. A na kartkę spłynęły krople deszczu z nieba zamkniętego w jej oczach.
Pamiętajmy, że oczy miała w kolorze jesiennym, cokolwiek to miałoby znaczyć.
To nie ma znaczyć, to ma ładnie brzmieć i tyle.


(...)


***
Szłam Nowym Światem w kierunku Powiśla. Chciałam dostać się do szkoły podstawowej przy Drewnianej, by zdobyć jakieś książki dla Amelki.
Alek przyszedł do mnie przed godziną mówiąc, że dostanę tam podręcznik dla małej i żebym koniecznie poszła przez Nowy Świat.
Koniecznie tamtędy.
Towarzyszyła mi jedna z harcerek w „Różyczkach", czternastoletnia
Uwaga: czternastoletnia
Berenika Pawlus.
A imiona to one mają co jedna to lepsze. Berenika, Dominika, Martyna… Gdzie się podziały Zosie, Basie i Jadzie?
Powymierały. To były ciężkie czasy.
Sprawdziłem w Banku Imion popularność dla roku 1927. Na odnotowanych 377 imion żeńskich Dominika zajmuje 134. miejsce, Martyna - 322. (pomiędzy Elfriede a Paraskiewą), a Bereniki nie ma w ogóle. Zofia i Jadwiga są za to w pierwszej dziesiątce.


Przemierzałyśmy w spokoju gwarną ulicę. Niebo było błękitne i czyste, tak cudownie majowe, przejrzyste. Słońce ogrzewało nasze twarze i odbijało się w oczach jak w lustrze.
Koty też tak mają:
(tak, to jest Kocurro!)


U jej boku Berenika szczebiocze beztrosko.
Dziewczynka opowiadała mi właśnie o tym, co Hela robiła z nimi na ostatniej zbiórce. Tak oto dowiedziałam się, że Gabrysia wykonała portret Zośki z kamyczków, Natalka oblała się cała wodą, a Martynka prawie spaliła podziemia.
I na tym polegało “spalenie lokalu”, albo nawet “spalenie siatki”, że ci z Podziemia tak nieostrożnie bawili się zapałkami.


Mój zastęp “Iskier” był najmłodszym zastępem. Dziewczęta nie miały więcej niż po 12, 13 lat. Zbiórki miałyśmy w prywatnych domach na Żoliborzu, bo część z nich tam mieszkała. (...) Praca z tymi najmłodszymi polegała głównie na pracy wychowawczej. Zależało mi, żeby teraz i w przyszłości, gdziekolwiek się znajdować będą, umiały być pożyteczne i pomocne. A więc ćwiczenia sprawnościowe, wyrabiające spostrzegawczość, pamięć wzrokową, szybką orientację itd. Szereg ćwiczeń prowadziłyśmy w terenie. Chodziło nam również o to, żeby dla celów praktyczno-konspiracyjnych znać Warszawę, szczególnie swoją dzielnicę, przejścia między domami, bramy przelotowe, domy zajęte przez Niemców i urzędy niemieckie itd. Opiekowałyśmy się też pewną ubogą rodziną, której ojciec był od dawna w obozie, a matka z kilkorgiem dzieci nie miała za co żyć.
D. Cichocka-Chojnicka, [w:] Harcerki 1939-1945, s. 145-146


Instruktorka, p. Bola, uczyła nas nadawać depesze alfabetem Morse’a. (...) Z radością przyjęłyśmy nowy obowiązek liczenia i określania przejeżdżającego przez miasto taboru kolejowego.
[Komendantka] Ćwiczyła nas w szybkiej orientacji, w powtarzaniu długich, pamięciowych meldunków. Uczyła nas mieć zawsze otwarte, bystre oczy, rozpoznawać osoby tylko po opisie kilku szczegółów. Przede wszystkim zaś wyrabiała w nas dzielność, zaradność i dobroć.
Harcerki 1939-1945, s. 147


Do zadań naszych należało niesienie pomocy wysiedlonym i biednym, jak np. dostarczanie odzieży (przerabianej we własnym zakresie), różnych niezbędnych przedmiotów pierwszej potrzeby oraz opiekowanie się małymi dziećmi, gdy rodzice byli w swoich zajęciach, pomoc w nauce, organizowanie choinek harcerskich (które strojone były w barwy narodowe). W czasie wakacji prowadzenie półkolonii dla dzieci, organizowanie przedstawień, różnych zabaw i w ten sposób przekazywanie młodzieży szkolnej jak najwięcej pięknych idei harcerskich.
Poza tym organizowane były przez drużynę kursy z zakresu ratownictwa i zbieranie lekarstw. (...) Przenosiłyśmy również z Terenią tajne gazetki z Ostrowca do Denkowa i dalej do Bodzechowa.
Danuta Krawczyńska, [w:] Harcerki 1939-1945, s. 148


Tym się zajmowały harcerki na zbiórkach.
Lecz czy to mogło się równać z układaniem portretu z kamyczków?


(...)
WTEM!
stanęłam oko w oko z rozemocjonowanym Bytnarem.
Emocjonował się tym, że wrzucił granat w szambo (zagazował sklep przy Nowym Świecie) a teraz policja zgarnia przechodniów.
I dlatego Alek upierał się, żeby Kasia K. szła przez Nowy Świat. “Będzie fajnie, mówię ci - będziemy gonić się z Niemcami!”


Berka ciągnęła mnie za rękę w stronę jakiejś bramy, jednak miałam wrażenie, że nogi wrosły mi w ziemię. Patrzyłam na niego i nie mogłam oderwać wzroku. Chwila ta trwałaby wiecznie, gdyby nie jego stanowczy ruch, gdy podnosząc Berenikę (pamiętajmy, że nie czteroletnią, ale czternastoletnią pannicę!) i łapiąc mnie za ramię popędził w zaułek obok.


Postawił drżącą dziewczynkę na ziemi i pogłaskał ją czule po główce.
Uścisnęła go, podziękowaniami tłumiąc krzyki granatowych policjantów, którzy przybiegli do dymiącego lokalu.
No to nieźle się darła.


(...)


– Morowo było, druhu! – Berka uściskała go kolejny raz, na co chłopak objął ją i przytulił do siebie. Może to głupie i infantylne, ale w tamtym momencie zobaczyłam w nim człowieka, który byłby wspaniałym ojcem. Ojcem, który bezgranicznie kocha i chroni.
A zozuleńka zakukała jej dwanaście razy.


Mój tata był wspaniały. Odkąd pamiętam pisał przepiękne artykuły w gazetach.
Najpiękniejsze były te w Nowym KurWaszu…
Ja wiem, że jest wojna, trzeba pracować, a pieniądze nie śmierdzą, ale pisanie do gadzinówki to żaden powód do dumy.


Władzom niemieckim nie udało się namówić do współpracy znanych dziennikarzy, a osoby, które się na to zdecydowały, zostały objęte towarzyskim bojkotem [...] „Nowy Kurier Warszawski” był kupowany także z powodów bardzo prozaicznych – trudności z zaopatrzeniem się w okresie okupacji w papier higieniczny i papier do pakowania. [https://pl.wikipedia.org/wiki/Nowy_Kurier_Warszawski]

Zawsze powtarzał, że człowiek jest warty tyle, ile jego słowo.
Tak, to tłumaczy wybór kariery.


4 maja 1941 roku.
Kochana Basiu!
Zerwałem wczoraj flagę z rogu Marszałkowskiej i Świętokrzyskiej. Jest taka wielka, czerwona, napawa mnie dumą i lękiem jednocześnie. Rudy zdjął z Zachęty trzy dziesięciometrowe, ale Basiu... ja tą [tĘ!] jedną zdjąłem dla Ciebie.
Cenzor z zadowoleniem zatarł ręce i zanotował sobie adres nadawcy i odbiorcy.
(...)

Zbliżał się 20 maja 1941 roku.
Hans Bauermann chodził w kółko po pokoju na Szucha i przeglądał korespondencję z Pragi. Od Żmijewskiego nic, od Czackiej dwie depesze, Kabicka od roku się nie odezwała.
Tęsknił za nią. A ona ani słowa - nie dzwoniła ani nie pisała od roku.

Szlag z nią!
Niemiec wyjął z szuflady małą, białą tabletkę i przyjrzał jej się przy szkle.
Turlała się bidula po tej szufladzie od tak dawna, że teraz tylko przy szkle (jakim szkle?!)  ją widać.
Cyjanek potasu,
Ach tak...
silna trucizna, którą żołnierze czasem nosili przy sobie, by szybko zakończyć życie w razie schwytania przez wroga. Przez chwilę trzymał pigułkę na dłoni, po czym schował ją do pudełeczka i położył na blacie.
Po czym odruchowo polizał rękę.


Sekundę później drzwi się otworzyły i do pomieszczenia wpadła potargana Helenka.
No i w samą porę! Po roku wreszcie raczyła się pojawić.


Dwudziestojednolatka popatrzyła na niego jakby w amoku i poprawiła odruchowo spódnicę.
– Witaj, Sophie. – Jego głos przyprawiał ją o dreszcze. Zamknęła powoli drzwi i podeszła do niego. Położyła na biurku jakąś kartkę i splatając ręce przed sobą, spuściła wzrok.
– Witaj, Hans – przywitała się, nie patrząc na niego. – Masz, co chciałeś. A teraz wypuść ich.
No nie, Pawiak jako przechowalnia zbędnych rodziców. Tego jeszcze nie grali.


– Spóźniłaś się, Angerer. – rzekł twardo, po czym usiadł na skraju biurka. Przesunął w jej stronę pudełeczko i postukał palcami w blat. Rzucił okiem na kartkę. Była pusta. – Gdzie dane?
“Masz, co chciałeś” - czyli pustą kartkę?
To był kwit bagażowy. Bez niego nie odbierze swoich tłumoków.


– Prześwidrował ją wzrokiem.
– Nic nie robią, nie ma żadnych akcji – odparła drętwo.
– A znikające flagi? A napisy na murach? A kina? Chcesz mi powiedzieć, że sobie to wymyślam?! – Uderzył pięścią w stół.
– Zawsze miałeś bujną wyobraźnię, Hans – wycedziła. Blondyn pociągnął ją za rękaw i ścisnął jej policzki.
A ti ti, dziubasku – uroczo przekomarzał się przez chwilę.


– Jeśli do jutra nie dostarczysz mi informacji o tym, co zamierza robić ten cholerny Zawadzki, to powieszę cię jak psa, rozumiesz?! – wycedził. Pokiwała głową, a on puścił ją i przez chwilę zastanawiał się.
...dlaczego - skoro już wie, że to Zawadzki - po prostu nie każe go aresztować?
Bo to jest typowy, głupi Niemiec.


Cisza raniła jej uszy gorzej, niż pociski przebijające czaszkę.
A niechże już ją ubije, po co ma się tak męczyć?


Nie miała już sił. Robiła wszystko, by ocalić bliskie jej osoby,
I dlatego mówiła Niemcowi: Nie wiem, nic nie robią, masz tu pustą karteczkę. Wdzięczny za tyle informacji Hans już leci biegiem wypuszczać jej rodziców z Pawiaka.


a teraz i ona sama potrzebowała ocalenia.


Wybrała śmierć dla życia. I czuła, że już dłużej nie może. A kochała. Szczerze pokochała Tadeusza Zawadzkiego.
Łzy pociekły po jej bladej twarzy. Nie chciała, tak okropnie nie chciała. Ale czasem trzeba poświęcić siebie, by ratować innych.
No tak, ma wydać przyjaciół, a myśli tylko o sobie.


Wzięła od Niemca pudełko i przycisnęła do serca modląc się, by przestało kochać.
Natychmiast przestań. To nie wypada porządnemu pudełku!


Bo miłość wszystko zwycięży.
Iciwybaczy.


Tak w ogóle, to zastanawiałam się, ossochozi z tą Helą Kabicką/Sophie Angerer, co miała na myśli autorka… i wydaje mi się, że pewien trop stanowi pochodzenie Heli z Zakopanego. Autorka coś tam słyszała o Goralenvolku i haftuje na tej kanwie niestworzone historie.


***
20 maja 1941 roku.


Siedzieliśmy wszyscy w mieszkaniu na Koszykowej, omawiając dotychczasowe osiągnięcia w Małym Sabotażu.


(...)
Wtem, skrzypnęły drzwi i do środka weszła Helena. Wszyscy zamilkli.
To, że wyszła z siedziby Gestapo jeszcze nie znaczy, że ciągnie “ogon” i jest śledzona, no nie? Dlatego z Szucha wali prosto do konspiracyjnego lokalu w którym są ci, którymi interesuje się policja.


Rozdział 11 - Zdrada na wojnie karana jest śmiercią


Tadeusz zamrugał nerwowo i wlepił w ukochaną pytające spojrzenie. W powietrzu kłębiły się pytania, które rozpychały się łokciami pomiędzy naszymi głowami.
Czasami też prały się po pyskach i kopały po kostkach.
To się nazywa “bić się z myślami”.


Nagle w pokoju stało się niesamowicie duszno, choć maj 1941 roku nie należał do najcieplejszych.
Kto się zebździał?


Wstałam i popatrzyłam na przyjaciółkę z oczekiwaniem. Wydawała się być bardzo zdenerwowana i rozemocjonowana. Jej policzki były czerwone, jakby od biegu. Dłonie miała lekko drżące, a włosy potargane.
(...)


– Mam tylko kilka minut
- Więc słuchajcie uważnie, bo nie będę powtarzać...
– powiedziała powoli i przytrzymała głowę dłonią. Ewidentnie ją bolała, albo jej się kręciło. – zanim c-cyjanek zacznie działać…
Niestety, po połknięciu cyjanku ma się tylko kilka minut życia i generalnie problemy z oddychaniem, więc o żadnym gadaniu nie ma mowy. Że o spacerze z Szucha na Koszykową nie mówiąc.


Tu mamy epicki obrazek zatrutej cyjankiem Heli, która przeszła kilka kilometrów, dotarła na poddasze kamienicy i tam ucięła sobie pogawędkę.
Nawet zakładając, że wzięła cyjanek dopiero przed drzwiami mieszkania Zośki, to i tak za dużo i za bardzo płynnie gada.


Żeby było dramatyczniej, Hela rozmawiała ze zgromadzonymi konspiratorami, leżąc na podłodze.


(...)


Bo czasami ludzkie serca są za ciężkie. Noszą w sobie tyle żalu, zła, łez i trosk, że nie mamy siły ich udźwignąć. Ważą więcej niż powinny. I nie każdy potrafi je utrzymać.
Kamień z serca, noga w gipsie.


A powinien. Ludzie mają w sobie wielką siłę, tylko nie umieją jej dostrzec przez ogrom ciężaru tych serc.
Hm, to taki wrodzony naturalny hamulec, żebyśmy wszyscy nie rozrabiali jak Hulk?


– Jak dawno to połknęłaś? – Tadek próbował wyciągnąć z dziewczyny coś więcej.
Rzeczywiście, na płukanie żołądka jest już zbyt późno.


– Zbyt dawno. – Uśmiechnęła się. – Już nic nie zrobisz, Tadziu. Nie więcej, niż ja…
Drodzy Czytelnicy! Jeśli ktoś Wam poda cyjanek potasu, a Wy po zażyciu nadal będziecie żwawi, to dajcie w pysk oszustowi.
Przy takiej żywotności obstawiam podprowadzoną żołnierzom niemieckim amfetaminę, eufemistycznie zwaną “czekoladą pancerną”.


– Hela... – Złapał ją za ręce. – Helenko, dlaczego? – Zachwiała się, lecz przytrzymał ją i próbował wziąć na ręce. Odepchnęła go.
– Zdradziłam was, Zośka. Wszystkich was... – Musiałam podejść bliżej, by słyszeć jej niknący głos. – Każda akcja, każdy plan... Oni to mają, Zośka. Przeze mnie…
Lokal spalony, komórka organizacyjna też, każdy uczestnik tego spotkania może być aresztowany i zna wiele osób, które mogą trafić w ręce Gestapo.Natychmiast wiać, zmieniać nazwiska i adresy!


Zawadzki błądził wzrokiem po jej sino – białej twarzy. Nie rozumiał. Nikt z nas nie potrafił tego zrozumieć.
My, analizatorzy, też nie potrafimy.


Byliśmy jeszcze zbyt młodzi, by zrozumieć miłość i jeszcze nie dość starzy, by pojąć zdradę.
Cyferki ci się przestawiły. Piszesz o 21-, nie o 12-latkach.


To nie było to samo, co nazywało się imieniem Zdrady, gdy ktoś z podwórka przeszedł do innej drużyny podczas gry czy gdy jakiś kapuś wydał nauczycielce tych, którzy ściągali.
Ani taka, gdy ktoś zabrał grabki i uciekł do innej piaskownicy.


Nie. To była zdrada za cenę życia.


– Dlaczego, Helu? – Rudy, ten tak kochający rozmawiać Rudy usiadł obok i zdejmując z Alka swe smutne spojrzenie, przeniósł je na Helenkę. Popatrzyła na niego pustymi oczyma i zacisnęła usta.
– Żeby ktoś mógł żyć
Z pewnością to był rycynianek patosu…


– szepnęła i osunęła się na ziemię. Pisnęłam odruchowo. Rudy osunął mnie na bok.
– Janek, nie! Janek, ona umiera! – krzyczałam, lecz chłopak stanowczo przytrzymał mnie z dala od przyjaciółki. – Janek! Zośka, Zośka ratuj ją! – W moich oczach zaroiło się od łez.
Tam zaraz umiera, jeszcze nie powiedziała wszystkiego, co miała powiedzieć.


Bytnar zerknął na Helę. Leżała w bezruchu na ziemi, próbując jeszcze otwierać oczy i poruszać ustami.
Jeszcze?!
Dusiła się.
No dobra, ile można?
Karp potrafi kłapać pyskiem jeszcze godzinę po odcięciu mu głowy, może ona też.


Trucizna zabijała ją od środka. To było jak chory sen, beznadziejny koszmar, bajka bez zakończenia. Jakby życie zatrzymało się na tym złym zaklęciu od czarownicy, a śpiąca królewna zasnęła na wieki. Bez szansy na cud. Bez nadziei.
Pocałujta ją, może się ocknie.


– Kochanie... – Zawadzki nie powstrzymywał łez. Klęczał przy Kabickiej i trzymał ją za rękę. Czuł się bezsilny. Nie mógł powstrzymać Śmierci, która odebrała jej serce. A przecież miało być ono dla niego. Dla niego... – Przecież nie tak miało być... Tyś była wzorem…
– Wzory też czasem wychodzą koślawo.
Ona dalej gada.
Zmieniła się w ględzizombie!


– Westchnęła, a rysy jej twarzy stały się pogodniejsze.
– Nie chcę, byście pamiętali o zdradzie, lecz o tym, że odpłaciłam się wam za nią.
To znaczy, że oni ją zdradzili, a ona odpłaca się im pięknym za nadobne?


Jesteście bezpieczni, Tadziu. Jesteście... zadbałam o to... – Kaszlnęła.


A teraz spróbujcie coś z tego zrozumieć, bo przed chwilą było:
– Zdradziłam was, Zośka. Wszystkich was... Każda akcja, każdy plan... Oni to mają, Zośka. Przeze mnie…


– Kocham cię. Kocham, rozumiesz? Bez względu na to, czy zdradziłaś Polskę, nas, czy mnie... kocham cię. – Ucałował jej wątłe usta.
I struł się resztką cyjanku, i padł martwy obok. Wygłosiwszy uprzednio godzinną mowę.
(serio: osobom, które zatruły się cyjankiem, nie można robić sztucznego oddychania!)


– Już się tak nie rozczulaj, druhu – odparła, po czym zamknęła oczy.
Ale to tylko drzemka. Za chwilę zacznie znowu.


Nie zapanowałam nad krzykiem, który opuścił moje gardło. Wyrwałam się Rudemu i jak wariatka padłam przy Helci.
Straciłam mój ideał. Ideał drużynowej, harcerki, przyjaciółki. Choć... nie. Ideałów nie ma. Są tylko ci, którzy stają się ich cieniami tu, na ziemi.
Platon pochwala.
Teraz wiadomo, dlaczego one ciągle siedziały po piwnicach.


I ona była takim cieniem w blasku całego tego zła. Zła, które emanowało swoim palącym światłem na Polskę i cały świat.
Hela była smugą cienia doskonałości zakrywającą palący blask niegodziwości. No nie. Wpadam w żargon. To zaraźliwe.


Wszystko nagle upadło i stało się bezwartościowe. Wszystko, w co wierzyłam stało się puste i bez wyrazu. Bo ludzie są warci tyle, ile ich słowa.
Serio? Zawsze sądziłam, że tyle, co czyny.
(A zatem najwartościowszymi ludźmi są różne samochwały i bieda-kołcze, nieprawdaż?)


A ona zamilkła.
Jesteś coś wart tylko, póki gadasz.


Alek przytulił mnie mocno i pogłaskał po głowie. Kolejny raz zastępował mi starszego brata, którego nigdy nie miałam. Byłam pewna, że bez względu na wszystko, to właśnie Dawidowski mnie nie zostawi. I Bytnar.
Bo Bytnar był typem osoby, która nie opuszczała przyjaciół. Nawet w tej głupiej szkolnej ławce zawsze siadał z tymi, którzy potrzebowali jego pomocy. Zawsze przy Alku. Zawsze na straży. Wieczny stróż, który za szybko zszedł z warty.
Yyy… jego też uśmierciła w tej scenie?
Albo płynie na wzburzonych falach profetyzmu.


– Dlaczego ona, Rudy? Dlaczego... – zapytałam, zerkając ponad ramieniem Glizdy.
– To i tamto drzewo pada pod siekierą, a tymczasem las rośnie i pnie się ku górze... – odparł zagadkowo.
I dostał w łeb za durne coelhizmy w obliczu śmierci.


– Na pewno powiedziałaby ci więcej, gdyby tylko miała czas.
I tak się nagadała ile wlezie...


(...)


– Śpij, Heluś... – szepnął [Zośka] i złożył jej ręce, a potem powoli usiadł przy niej i schował twarz w dłoniach. Był jak pod wpływem jakiego transu, nieco otępiały. Obserwowałam go w rozpaczy własnego serca. Moje ręce trzęsły się jak podczas febry.
– Chodźmy do domu... – powiedział spokojnie Rudy, delikatnie ciągnąc mnie za rękę.
Do domu?!
A dokąd, skoro mama czeka z obiadem?


Helena przed chwilą wyznała, że zdradziła Niemcom wszystkie ich plany. Powinni NATYCHMIAST rozesłać informacje, opuścić spalone lokale, które znała, wyczyścić je z wszelkiej trefnej zawartości! Teraz, już, bo nie wiadomo, ile mają czasu - prawdopodobnie niewiele. I nie wracać do domów, na litość boską, Niemcy byliby idiotami, gdyby tam na nich nie czekali.
Zwłaszcza, że Gestapo już zna nazwisko Zawadzkiego, a Hela jak po sznurku przyprowadziła Niemców do mieszkania pełnego konspiratorów.


I to właśnie, proszę aŁtorki, nazywało się “spaleniem Podziemia”, a nie igraszki z zapałkami.


Opierałam się. Nie, nie mogłam teraz odejść. Nie, dopóki ona tu była. Nie...
Co miałam powiedzieć Virtuti Rosie? Że kolejna drużynowa zasnęła? Dziewczynki były już zbyt dorosłe, by to przyjąć.
Ale wcześniej się udało, więc spróbuj jeszcze raz.


Nie...
A rodzice Heli... No właśnie, gdzież oni? Od tak dawna ich nie widziałam…
No właśnie, najbliższa przyjaciółka i nie ma pojęcia, co stało się z rodzicami?
Pewnie przeprowadzili się do Loitsche, w ostatniej chwili.


(...)


– Jak możesz być tak obojętny?! – Nie wytrzymałam. Janek spojrzał na mnie smutno.
– Nie jestem obojętny, Kasiu.
– To dlaczego nic nie zrobiłeś?!
– A co człowiek może zrobić Śmierci? Najwyżej podać jej swój adres. – Uśmiechnął się smętnie i westchnął.
Pogiglać po wystających żebrach?


(...)


– Nie martw się – powiedział. – Jeszcze nie teraz.
I jeszcze nie dziś…
Naprawdę, nie ma czym. Zupełnie.


***
Teraz przenosimy się na Pawiak, gdzie Niemiec otrzymał kwit bagażowy od Sophie Angerer, więc nie mógł zrobić nic innego  niż dotrzymać danego słowa.


Hans Bauermann był wściekły. Wściekły i zły jak nigdy, gdy otwierał celę i wypuszczał dwie osoby. Kobieta schyliła się lekko, mężczyzna przytrzymał ją.
Cela była koedukacyjna. Może jeszcze dwuosobowa, specjalnie taka dla małżeństw?


Niemiec spojrzał na nich z pogardą. Polskie psy, tfu.
Trzymał zakładników przez rok, bo tyle dał Heli czasu na rozkochanie Zawadzkiego.
I nadal nie wie, jaki Zośka jest w łóżku… :(


I jakie z nich “polskie psy”, skoro są rodzicami Sophie Angerer?!


Popukał palcami w pistolet przy pasie, po czym szybkim ruchem wyjął go i strzelił pomiędzy oczy mężczyzny. Ciało z hukiem upadło na ziemię,
Z hukiem na ziemię to ewentualnie mógłby upaść rycerz w pełnej zbroi. Normalnie ubrany człowiek nie narobi aż tyle hałasu.


a krzyk kobiety odbił się od innych cel. Echo uderzyło w nią i przygwoździło zakopiankę do ziemi.
Wiem, że to nie jest chwila na swawolne żarty, ale “przewrócona zakopianka” bardzo mnie rozbawiła.
Przewrócona zakopianka, przygwożdżona echem. Napawam się.


– Nie taka była umowa, Sophie. – mruknął do siebie Niemiec i przechodząc nad więźniarką opłakującą męża wyszedł z Pawiaku. Pawiaka.
Gdy ta płacząca kobieta się ocknie, to wstanie i wyjdzie z Pawiaka. Jakby  to wszystko było takie proste…


Rozdział 12 - Skazani za niewinność
21 maja 1941 roku.
Wszystko się pomieszało. Chronologia akcji wciąż się motała, daty nie były pewne.
Idę to sobie rozrysować, zwłaszcza tę zamotaną chronologię.

„Victorie" blakły na murach, trzeciomajowe flagi odrywały się i spadały na ziemię.
Niemcy machnęli ręką i pozwolili im wisieć, póki same nie spadną.
A nieuważni przechodnie po nich deptali.

Po Warszawie kroczyły cienie dawnych harcerzy, którym zamiast serc błyszczały krzyże.
Czy Wy też macie wizję armii upiorów?
Nie wiadomo było, kto robi co, kiedy robi.
Mówiąc inaczej - burdel  mieli jak w czołgu.

Sam Kamyk nie potrafił zapisać wszystkiego.
Aleksander Kamiński wymiękł, więc nasza Kasia bierze się do roboty.
Robi to ze swadą.

Bo wszystko umarło. Umarło w Heli, nad ciałem której noc całą ślęczał Zośka.
Hela umarła, koniec z konspiracją, Małym Sabotażem i tymi wszystkimi bzdurami, wracamy do domu.

(...)

Zaniósł ją ciemną nocą, zupełnie ignorując godzinę policyjną, na cmentarz Powązkowski.
Pięć kilometrów. Gratuluję krzepy.

Drzewa patrzyły nań smętnie, przyzwyczajone do takich ludzi.
Spoko. Co dzień, a raczej co noc, zjawiali się tu różni, przynoszący trupy w ramionach i grzebiący je w naprędce wykopanych dołkach.
Albo grabarze zostawiali narzędzia oparte o mur, albo Zośka oprócz trupa Heli niósł jeszcze szpadel.
Harcerz potrafi: a to rozpalić ognisko jedną zapałką, a to wykopać grób scyzorykiem…

Zośka był tylko jednym z wielu, którzy też kiedyś tu legną.
Ułożył ją w dość płytkim dole [wygrzebanym finką?] i perlista łza zakręciła się w jego oczach. Nie, nie, nie. To był sen, głupi sen, w który nie chciał wierzyć.
Jej jasna, dobra twarz jaśniała w blasku księżyca i gwiazd, które ze współczuciem migały do harcerza.
Hm… Po zatruciu cyjankiem twarz jest czerwona.
Po zgonie obserwuje się czerwone lub karminowe zabarwienie skóry i tej samej barwy plamy opadowe. Jest to związane z brakiem odtleniania krwi tętniczej przez zatrute tkanki. Natleniona krew o barwie czerwonej wypełnia żyły, zastępując niebieskawą krew odtlenioną, co wpływa na kolor skóry.

Gdzieś w oddali kogoś wyciągano z domu, szczekały psy i Pawiak wył w niebogłosy.
Też mam ochotę trochę sobie powyć. Serio.

- Cóżem ci zrobił takiego, najmilsza? - zapytał, lecz nie uzyskał odpowiedzi.
Com uczynił, żeś nagle pobladła?

Zresztą, przerażające byłoby, gdyby takową otrzymał. Towarzystwo wokół niego raczej nie wykazywało chęci do rozmowy. Sztywni kompani.
A mogła być taka imprezka!

Pochylił się i ucałował jej usta po raz ostatni, po czym wstał i nie mogąc zasypać swej miłości ziemią, oddalił się szybko. Tym samym popełnił błąd, jakiego nie darowałby sobie na żadnej z akcji.
Zaraz… on niósł Helę nocą z Koszykowej na Powązki, potem wykopał dołek i włożył do niego ciało. Po czym z żalu zostawił tak, jak leżało, bez zasypywania. Nooo, administracja cmentarza będzie zachwycona.
No przeca Powązki to taka łączka; każdy może sobie tam przyjść, zakopać kogo chce i szlus.
Ciało jak ciało, miłości również nie zasypał.

Przyszedłszy do domu i upewniwszy się, że Anna i rodzice śpią, usiadł przy stole i wyjął kartkę, którą mu ofiarowała. Płomień świecy popatrzył na czarne litery i śledził je wraz z Tadeuszem, skrzętnie ukrywając dwie milczące postacie za sobą.
O masz, opracowano dziwne światło świecy, które wie co osłonić.
To pewnie Kasia taka zdolna, jak już naczytała się o fizyce atomowej itd.

Zośka przełknął ślinę i zaczął czytać.

Tadeuszu!
Nie pytaj o nic, bo i tak nie dostaniesz teraz odpowiedzi. Przynajmniej nie ode mnie. Może i na to nadejdzie czas.
Czas na seans spirytystyczny?!
Albo zombie-apokalipsę.
Powiem Ci tylko, że uczyniłam, co mi kazano, by ratować życie. I o dziwo, znasz przecież moje narcystyczne usposobienie, życie to nie do mnie należało, a do rodziców moich, których przetrzymywano na Pawiaku i miano wywieźć do obozu.  
Ale wiesz, mój kochanek dość długo trzymał ich w celi, bo miałam rok na zeznania. W końcu  ile można czekać, no nie?
Kasia to typ romantyczki, ona by się rozwodziła w liście nad sprawami wieloma, lecz ode mnie masz tylko to, co żeś tu znalazł.
Trzymaj się i uważaj na siebie i przyjaciół. Dziś nikt nie jest bezpieczny. (A to Amerykę odkryła) Nawet zdrajcy.
Nawet martwi.  
Helena.

Aż tu wtem! zjawiają się Rudy i Alek.

- Jak żeście tu weszli?
- Pani Klara nas wpuściła. - Jan wspomniał sąsiadkę Zośki, która spała już zapewne smacznie od kilku godzin.
Sąsiadka wpuściła ich do mieszkania Zawadzkich? Też miała klucze?

- Powiedziała, że się poszedłeś włóczyć po cmentarzach.
- I to jeszcze bez nas! - Alek wyrzucił ręce w górę w geście niezadowolenia. - Myślisz, że tak łatwo będzie ci to wybaczone, druhu drużynowy?
No jak mogłeś pójść gdzieś sam, jak mogłeś chcieć odrobiny prywatności!

- Bez żartów, panowie... - rzekł smutno. Rudy wychylił się bardziej w jego stronę.
- Zośka, ja wiem, że ci ciężko, bo ci na serce wielki kamień nałożono. Jednak serce twoje winno być lżejsze od tego kamienia. Niczym diament, bo diament nie pęka tak łatwo, jak kamień. Zośka, uśmiechnijże się trochę.
Twoja ukochana umarła parę godzin temu, przyznając się do zdrady, ale… “Harcerz jest zawsze pogodny”, pamiętasz?

- Poza tym panny lubią diamenty bardziej niż kamienie.

- Zauważył Alek. - A Hela panienką morową jest, mam rację?
Chyba “była”...

- Raczej była. - Zgasił go Zawadzki. - Aj, panowie, czym ja jej zawinił?
Składnią, matołku.

Bytnar tylko uśmiechnął się lekko, a Alek podał Tadkowi zmiętą kartkę. Długo po tym Zośka nie mógł sobie wybaczyć, że nie zauważył tego krótkiego

P.S. Spokojnie, Tadziu. Ja jestem obok.
I będę cię straszyć po nocach.

Nie mógł sobie tego wybaczyć, bo…? Co by to zmieniło? W ogóle cała ta scenka jest tak z dupy… Kilka godzin po śmierci ukochanej (i po wielkiej wsypie, która powinna postawić na nogi całe środowisko) oni mu mówią “Hej, uśmiechnij się”?!

***
Max Wanke przyszedł tamtej nocy na ten sam cmentarz.
Zaraz, to ilu w końcu tych Niemców było?
Przyjmijmy, że bardzo wielu.
Na początku Hela rozmawia z Maksem Bauermannem, potem z Hansem Bauermannem (ok, przyjmijmy, że to bracia), a teraz pojawia się Max... Wanke?
Praca w tajnej policji wymusza używanie pseudonimów.

Widział Zośkę.
Widział jego łzy.
Widział miejsce „pochówku".
I nie zaaresztował?
Nie o to chodzi, by złowić króliczka...

I to właśnie tam, po drodze szarych łez [?] udał się, by obudzić Helenę. Środki na sen miały działać przez około dobę.
Nie, to tak nie działa.

I udało się.
What the fuck…

Jestem gotowa założyć się, że autorka bardzo w tej chwili żałowała wybrania sobie na bohaterów rzeczywistych postaci; o których wiadomo, kiedy i jak umarły. Bo przecież tak pięknie byłoby teraz napisać, że Zośka z żalu też zażył cyjanek, tym razem prawdziwy, a obudzona ze snu Hela ujrzała jego stygnące zwłoki i…

Może na prośbę czytelniczek musiała wskrzesić bohaterkę, jak Arthur Conan Doyle Sherlocka Holmesa?

Wszystkie funkcje życiowe dziewczyny wydały się zakończone, jednak teraz, powoli i spokojnie wracały na swoje miejsce. Funkcje układały pucla. Klatka piersiowa unosiła się delikatnie i opadała, skóra znów nabrała kolorów.
Nikt wcześniej nie sprawdził czy Hela oddycha, ma puls i odpowiednią temperaturę. Nic z tych rzeczy. Skoro leży, to trzeba wziąć ją za łeb i od razu zawlec na cmentarz, choćby jeszcze ciepłą.

Zwierz popkulturalny wprowadził kiedyś pojęcie “scenariuszarium” jako nazwę tego materiału, z którego zbudowane są ściany domów w filmach katastroficznych, że waląc się, nie robią krzywdy bohaterom. Myślę, że można by to pojęcie zastosować też do środka nasennego, który najpierw daje objawy jak przy cyjanku, potem hamuje wszelkie objawy życia u uśpionego, a następnie pozwala bez problemu się wybudzić.

Albo po prostu Helena wypiła wywar ojca Laurentego, no.
Jest jeszcze inne wytłumaczenie. Max wmówił jej, że to cyjanek, a to było pierón wi co.

Blondyn uklęknął przed grobem i wyjął dziewczynę, dziękując w duszy temu dziwnemu chłopcu, który przyniósł ją tu i nie zasypał ziemią.
Specjalnie! Wiedział, że nie umarła, tylko śpi, wiedział, że za drzewami czai się zakochany Niemiec...
Hela i tak co noc się rozkopuje, więc nie było sensu zasypywać mogiłki.

Wrzucił do dołu worek wypełniony zebranymi po drodze kamieniami i dokładnie, jak to robią grabarze, przykrył „ciało".
Ale po co ta intryga z kamieniami?!
Oczywiście, że tak się robi. Ale tylko wtedy, gdy chce się obciążyć pustą trumnę podczas sfingowanego pogrzebu, ale przecież Hela leży w dołku bez jesionki.
Żeby ziemia na grobie nie zapadła się ponad miarę, wzbudzając podejrzenia?
Ja tam jestem ciekawa, gdzie, idąc przez miasto, nazbierasz cały worek kamieni.
Na mazowieckim piasku?! Chyba jedynie gruz, ale i ten był już w większości usunięty.
Wystarczyło pozbierać te, które glizda na rowerze porozrzucała na Nowym Świecie.

Zadowolony ze swej roboty, oddalił się majową nocą w kierunku Pragi Północ, by do mieszkania na Brzeskiej, zwanej potocznie „Ciemną Gwiazdą" zanieść umarłe życie.
Umarłe życie samo powlecze się z Woli na Pragę. I będzie charczeć móóóózg! móóóózg!

W końcu niektórzy obietnic dotrzymują, prawda?


***
Pierwsze dni czerwca 1941 roku przyniosły ciepło i nowe wyzwania dla Róż.

Systemem zastępowym zwołałam co starsze harcerki do kościoła świętej Anny.
Jeśli chodzi o Warszawę, to ten kościół jest na Krakowskim Przedmieściu, czyli w środku miasta.

Nie chciałam narażać młodszych, a i większa grupa ludzi w jednym miejscu mogła zwrócić uwagę nie tych, co potrzeba.
Większa grupa ludzi w kościele zawsze jest podejrzana! Zwłaszcza w niedzielę koło południa!

Agnieszka i cztery zastępowe stawiły się w pełnej gotowości.
Czyli pięć druhen, z szóstą Kasią.

Patrząc na nie dostrzegłam, jak okupacja zmienia ludzi. Wychudziła im twarze, pogłębiła spojrzenia, ręce wprawiła w drżenie.
Z przewodniczek po harcerskich szlakach, stały się zagubionymi aniołkami, które spadły na ziemię.
Jak myślicie, ile lat mają te “zagubione aniołki”?

Patrzyłam na nie ze współczuciem i troską. Nie tak miało działać na nie harcerstwo.
Przecież miały być pyzate i rumiane. Jak to aniołki.

Stanęły więc przede mną echa „Virtuti Rosy", spowite w pytania bez odpowiedzi, w chęć służby, na którą były za małe.
Spowite w chęć? W pytania?


Za małe na służbę, zapamiętajmy.

Bo Mały Sabotaż w gruncie rzeczy był dla tych starszych, choć nazwa myliła. I dla mężczyzn, bo przecież dziewczyny nie umiały strzelać. A to ci żart, prawda?
Oszzywiście, przecież strzelanie to wiedza tajemna, niewieściemu umysłowi niedostępna.


(...)

- Wezwałaś nas, druhno. - zaczęła w końcu Gosia. - Jesteśmy.
Pokiwałam głową, po czym ruchem dłoni wskazałam im, byśmy usiadły. Siedziałyśmy więc w małym kręgu na zimnej posadzce
Jeśli ludzie działający w ruchu oporu umawiali się na spotkania w kościołach (bardzo często), to jednak udawali, że się modlą. Siedzieli i klęczeli w ławkach, czasem chowając twarze w dłoniach. Nie, nie siedzieli w kręgu na posadzce.  Może jeszcze w głównej nawie, żeby lepiej  było ich widać?
One tradycyjnie zebrały się w piwnicy, więc nie rzucają się w oczy tak bardzo.

i nasze twarze obejmowała ciemność. Nie wiedziałam, jak mam ubrać w słowa swoje nagie myśli. Bo cóż można powiedzieć dzieciom?
Dzieciom? Przecież to były “co starsze harcerki”.

„Kolejna drużynowa nie żyje?"
Nie, tak nie wolno. „Wieczna warta?". Toż to głupie, nie uwierzą
że ktoś może stać tak długo w jednym miejscu?

„Odeszła?" Nie Hela. Nie ICH Hela.

Te jej harcerki musiały być przygłupawe, skoro miały brać dosłownie “wieczną wartę” i nie znały znaczenia “odejść”.
Nie, krrrrwa, po dwóch latach wojny dziewczynki nadal trzeba trzymać z daleka od strasznej prawdy, że ludzie giną i opowiadać im w zamian jakieś bajeczki. *wywraca oczami*

- Druhna drużynowa - zebrałam się w końcu w sobie. - musiała zrobić sobie przerwę. Ucierpiała bardzo podczas jeden z akcji i nie jest w najlepszym stanie.
A co będę owijać w bawełnę - jest zombie!
Trzeba było powiedzieć, że wyjechała do Radomia.

Może dlatego, że to najgorszy stan? Do rzeczy, Katarzyno! Myślże, dziewczyno!
Ty się, kurnać, nie zastanawiaj, jak ukryć przed nimi śmierć Heli, tylko raczej, czy przez swą zdradę nie naraziła ich także.
Eeetam, Hela zdradziła w maju, teraz jest początek czerwca, więc kogo Niemcy mieli aresztować, tego aresztowali. Reszta żyje, po co drążyć temat.

(...)

Rozważania o harcerstwie:
Porównać to można było do statku, na którym trzymałyśmy w skrzyniach Nadzieję, Wolność, Wiarę, Miłość, Braterstwo, Służbę i wszystkie cechy, które Baden - Powell zamknął w krótkim „Be prepared". A na nasz spokojny statek wdarł się sztorm, niosąc jak krople deszczu niesfornych piratów, którzy chcieli ograbić masywną i czarną jak chusty Rosę.
Niemcy jako niesforni (!!!) piraci, w dodatku malutcy jak krople deszczu… Przepraszam, coś tu gwiżdże, chyba mózg mi się gotuje.
Edelweisspiraten!

(...)

- Opowiedz bajkę, Rudzia - poprosiła Domcia.
I wpakowała jej się na kolana, żeby lepiej słyszeć.

Popatrzyłam na te szesnasto, siedemnastoletnie dzieci i otarłam łzy.
Ciekawe, czy według aŁtorki okupacja była bardzo skuteczną kuracją odmładzającą, czy raczej prowadziła do masowego zidiocenia członków ruchu oporu?
To atrofia umysłowa z niedożywienia.

Jezu… *wali łbem o blat*
Serio, z taką infantylizacją bohaterów do tej pory spotkałam się tylko w bardzo kiepskich yaoicach.
Łączniczka Dewajtis jako czternastolatka pracowała w wywiadzie Kedywu. Brała udział w sześciu zamachach na oficerów niemieckich, w tym na Kutscherę.
Jakoś nie sądzę, aby wdrapywała się na kolanka, czy dała się nosić na rękach.

W ogóle, to ja nie rozumiem; nie sądzę, by autorka była dużo starsza od swoich bohaterek, a pisze, jakby miała z osiemdziesiąt lat i z tej perspektywy każdy poniżej trzydziestki był tylko miłym dzieciakiem, a poniżej dwudziestki to już w ogóle oseskiem. Nastolatki nie wiedzą, co to śmierć, i trzeba ją przed nimi ukrywać? Wolne żarty.

Wszystkie potrzebowałyśmy normalności. I zapewnienia, że coś, co tworzymy, będzie trwać.
- Przed paru laty żyła na ziemi przepiękna pani - szeptałam, a mój głos lekko się łamał. - Posadziła ona na spękanej ziemi nasiona. Nie wiedziała, co z nich wyrośnie. Cechowała ją wielka odwaga - Małgosia uśmiechnęła się. - bo przecież na skałach ciężko posadzić wspaniałe rośliny.
No to może determinacja, może wiara w cuda, a może po prostu nieogar; bo co ma tu do rzeczy odwaga?
Mogło wyrosnąć takie chujwico, że bez kija nie podchodź.

http://www.themarysue.com/wp-content/uploads/2011/04/Audrey2.jpg



(...)

Ogrodniczka uśmiechała się, patrząc na swoje dzieło. Była dumna, że tak piękny kwiat wybrał akurat ją, że obdarzył ją swoim blaskiem.
A wtedy kwiat powiedział: “Nie podobasz mi się, idę się przesadzić!”, wyrwał się z korzeniami i poszedł.

Jej wytrwałość została nagrodzona…
- A kwiat zerwał pewien przystojny harcerz, w którym zakochała się następczyni ogrodniczki.
(...)

Co wspólnego ze śmiercią Heli ma opowieść o pobabranej umysłowo ogrodniczce?

- Druhny, drusia Rudusia się zakochała!
No, i to jest najważniejsze. Co tam, że Hela zdradziła i “druhenki” są w niebezpieczeństwie.

Nie mogłam im zaprzeczyć. Zakochałam się. Szkoda tylko, że tak tragicznie. Czyżby Wojna bawiła się ze mną i Rudym w Szekspira? Jeśli tak, to niechby wybrała każdą sztukę prócz „Romea i Julii". Każdą.
Może być “Otello”?
Ryszard III?
Tytus Andronikus!

A przecież wiele kończyło się podobnie.
Najkrótsze streszczenie Szekspira - “Tylko sufler uszedł z życiem”.


Rozdział 13 - Rudy wielkim poetą był

11 lipca 1941 roku.
Wojska hitlerowskie zajmują kolejne tereny ZSRR.

Krzysztof Baczyński [boszszsz… jego też aŁtorka nie oszczędziła!] przyjrzał się pracy Rudego krytycznym okiem. Pokreślona kartka kryła w sobie wiersz przecudnej urody, jednak Bytnar utrzymywał, że są to tylko bohomazy.

Poeta przygryzł usta i podpierając brodę na łokciu [ale cenimy go nie tylko za te akrobacje] wpatrzył się w szereg liter, które tworzyły wyrazy. To śmieszne, ale ludzką mowę można porównać do pociągu. Poszczególne przedziały liter łączą się w wagony wyrazów, które sczepiają się w jeden zdaniowy pociąg, na początku którego jest wielka lokomotywa, a na końcu kropka, na którą można przypinać kolejne wagony.
Aha. Widziałam taką twórczość na szkolnych ławkach; pod hasłem “kto się nudzi, niech dorysuje wagonik”.

Rozmyślający nad tym Krzyś zerkał co raz na Janka, swego kolegę z Batorego.
A oczy miał coraz większe i większe. Jeśli siedział zanurzony w wannie, powinien z niej wyskoczyć i krzyknąć “Eureka!” Przecież właśnie odkrył zasadę zapisu mowy! Od początku do końca!

Nie zmienił się wiele od tamtego czasu, a jednak nabrał hardości ducha i wielkiej odwagi.
Jak spojrzał na zapisane zdanie, to nabrał odwagi jak Achilles, a hardy był jak nie wiem co!
Jak James Keziah Delaney.

(...)
Dziś był to chłopak rozważny, pochłonięty pracą w Polsce Podziemnej. Pozostał w nim ten charakterystyczny uśmiech i mądre, stalowe oczy.
Baczyński upił łyk obrzydliwie gorzkiej herbaty i zagłębił się w podanym mu tekście.
Przepraszam, czy oni dodawali czegoś do tej herbaty, że była “obrzydliwie” gorzka?
Może to był napar z piołunu?

Normalna nieposłodzona herbata jest bardzo smaczna, radziłabym autorce spróbować.
(Jeszcze jakby napisała, że pili jakiś obrzydliwy ersatz z nie wiadomo czego…)

– Ujdzie? – zapytał z wahaniem blondyn o piegowatej twarzy.
– Lepiej ci szło z gotowaniem – stwierdził Krzyś, po czym roześmiał się przyjacielsko. – Ach, nie rób takiej miny, Jasiek! Dobrze jest, dobrze, tylko powiedz ty mi, jakżeś wpadł na te „oczy gwiazdy kradnące"?
No no, Rudy, Baczyński się będzie od ciebie uczył pisania poezji!
(aż się dziwię, że od niego, nie od naszej Kasi…)

(...)
– Klepnął go w ramię i usadził się wygodniej w fotelu na alei Niepodległości.
Na samym jej środeczku.

(...)

***

– Kasiu, ty nie rozumiesz, my tam w gronie męskim przysięgać będziemy. Sam Yoda mistrz przybyć na naszą przysięgę obiecał! – Alek stał przede mną i nerwowo drobił w miejscu. Wracałam właśnie do domu i spotkałam go na ulicy; spieszył się na przyrzeczenie w swym mieszkaniu na Mickiewicza 18, gdzie mieli stawić się wszyscy jego przyjaciele z Małego Sabotażu i sam komendant.
– To sabotaż nie dla dziewczyn, Aleczku? – Uniosłam brwi i wbiłam weń spojrzenie.
- Weź mnie, oj weź na tajne spotkanie!

– Dla dziewczyn, to „Związek koniczyn” [z tego wszystkiego mam przed oczami związek kończyn] i bojowe zadanie, Mała. Flagi na listopad trzeba uszyć, wyście w Różyczkach najpiękniej obszyte chusty miały. To dla was dobre i pożyteczne zadanie.
Do igły, dziewczęta, do igły! Broń i walka nie dla was!
Dobrze, że nie dorzucił niczego o wciąganiu cekaemu na czwarte piętro.

– My do niczego się wam nie przydamy?
– Do rozmów (tu puścił oczko) i słodkiej przyszłości, Kasiuniu.
Ależ nie kłopoczcie sobie ślicznych główek jakąś tam konspiracją. Czy nie dość zaszczytne będzie dla was zostać nagrodą wojownika?

Powszechnym marzeniem dziewcząt w drużynach było skończyć 17 lat i znaleźć się w zespole służby wojskowej, najlepiej harcerskim, i w ten sposób wejść w skład armii podziemnej, stać się harcerką-żołnierzem.
Harcerki 1939-1945, s. 137

(...)

W domu znów brakło chleba i wody, prąd wyłączano, świece się wypalały. Jedenastoletnią Amelkę na wieś matka chciała posłać, lecz nie było jak wyjechać z Warszawy (dlaczego? Transport działał).
W czasie wojny dzieci szybko dorastają; rok temu Amelka miała siedem lat.
Może urosła, ale regres umysłowy Amelki jest zatrważający.

Do tego ojciec coraz później wracał, całe dnie siedział w podziemnej drukarni [tam, gdzie wydawano “Nowy Kurier Warszawski”?] i nic, tylko milczał nocami, albo pił.

Wielu pilo w ostatnim czasie. Łatwiej było wódkę zdobyć niż inne „dobra”.
Matka mawiała, że na Powiślu coraz mniej nauczycieli, że większość ucieka [dokąd?] i roboty brakuje.
Skoro większość nauczycieli ucieka, to dla tych pozostałych powinno być chyba więcej roboty?
Jak to nauczyciele - brali pracę ze sobą.

Sama chciałam jej pomóc, lecz gdzie do pracy takiej dziewczynie [jak ty?].
Kto by mię przyjął, nikt chyba.
Dwudziestoletnia pannica, która lubi spać do południa, szuka wymówki żeby nie pracować.
Było tyle miejsc pracy w fabrykach i magazynach, że nawet bez znajomości niemieckiego znalazłaby zatrudnienie.
Ale trzeba byłoby wstawać o świcie i lecieć do roboty. Zresztą jako sekretarka czy maszynistka też musiałaby punktualnie pojawiać się w biurze, a przecież już wiemy, że to nie dla niej.

Zajmowałam się więc domem, czasem coś sąsiadkom przeprałam i za to groszem sypnęły gdyż jak wiadomo, praczkom płaciło się krocie i był to bardzo dochodowy zawód.
jednak nawet i mając pieniądze, to jedzenia za dużo się nie dostawało. Chyba, że na czarnym rynku.
Gdyby Kasia K. gdzieś się zatrudniła, miałaby kartki żywnościowe. To dodatkowy plus ruszenia się do pracy: Arbeitskarta (chroniąca przed wywózką), kartki żywnościowe i skromna pensja.
Nie, żeby można było opływać w dostatki, ale jakoś przeżyć w okupacyjnej biedzie.

***
A co do prania sąsiadom. Mieszkańcami ówczesnej Starówki byli ludzie bardzo ubodzy - różni “bieda-rzemieślnicy”, straganiarze, szwaczki i właśnie praczki. Jakoś nie widzę, żeby Kasia K. stanowiła dla nich konkurencję. W dodatku, ta dzielnica nie była skanalizowana, więc wodę noszono wiadrami z pompy na podwórku. W przypadku Kasi aż na poddasze. I znoszono pomyje na ulicę, aby wylać je do rynsztoka. Nasz leniuszek musiałby bardzo się namęczyć.
Alejakto, Jaszu, twierdzisz, że nie miała nawet pralki Frani? Niemożliwe!
Od czasu, jak jej kablówkę odcięli, to filmy oglądała na czarno-białym telewizorku.

Matka wysyła Kasię z siostrą do znajomej mieszkającej po drugiej stronie Rynku.

A chwilę potem zaczęła się rzeź. Ach, jakże głupia byłam, że nie usłyszałam, jak łamie się zamek u moich drzwi, jak siłą wyciągają ojca i matkę na ulicę i wraz z innymi ustawiają pod ścianą.
Musiałaby mieć słuch jak nietoperz, żeby z drugiej strony Rynku usłyszeć wyłamywanie zamka w drzwiach.
Ale zauważmy, że wolałaby słyszeć, niż być tam, w swoim mieszkaniu.

Dlaczego nie dostrzegłam szamotaniny za oknem, rozprawiając z sąsiadką o cenie warzyw na Różyckim? Jak mogłam pozwolić, by Amelka wychyliła się przez okno i zobaczyła za dużo. Za dużo…
– Kasiu, patrz! Mamusia wyszła z tatusiem na spacer! – krzyknęła mała.
- I stoją teraz w słoneczku! Pewnie im gorąco, bo podnieśli rączki do góry!

Podleciałam do okna jak oparzona, zaciskając dłonie na parapecie. Sąsiadka odciągnęła małą siłą i kazała jej iść do pokoju, by obejrzeć lalki. Sama stanęła przy mnie, a dłonie jej drżały.
Jedenastoletnia Amelka nie wie, co to znaczy, jeśli Niemcy ustawiają ludzi pod ścianą. Jedenastoletnia Amelka pozwala odwrócić swoją uwagę lalkami.

Znajoma opowiadała mi właśnie historię swojej polonistki z podstawówki, która jako 7-8 letnie dziecko przeżyła uliczną egzekucję (a przeżyła tylko dlatego, że przywalił ją i zasłonił trup innej kobiety).
Rodzice musieli chyba nigdy nie wypuszczać Amelki z domu.


– Ja musze tam iść – wyszeptałam powoli, jakby w przestrzeń, cały czas nie odrywając wzroku od obrazów przede mną. A dzieła te były tragiczne.
Po prostu - martwe natury.

Pół naszej kamienicy ustawiono w równym rzędzie i przeładowano broń. Raz, dwa, trzy…
A drugie pół?

(...)
Moja mama, kochana pani Ula, którą tak uwielbiali uczniowie.
Mój tata, niezastąpiony w reportażach pan Stasio.
Nie ma ich. Nie ma, do jasnej cholery!
Hm, czy w momencie śmierci rodziców myśli się o tym, kim byli zawodowo?

(...)

Amelcia wybiegła z pokoju i zawiesiła się mi na szyi.
Ucałowałam ją w czółko i przytuliłam do siebie, tamując łzy.
– Co ci, Kasiuniu? Co ci? – pytała dziewczynka, a ja nie znajdywałam słów, które byłyby godne odpowiedzi. – Nie chcesz zupy mamusi? Niedobra taka, ale mamusia chciała, żebyś zjadła, taka chuda jesteś. – mówiła do mnie jakby przez mgłę.
- No źlub aaammm! Za mamusię! I za tatusia…


(...)

Opis przyrzeczenia harcerskiego niemal dosłownie wzięty z KnS - ciach.

***
Pani Kabicka patrzyła na córkę smutno. Wnętrze ich mieszkania na Pradze było ciemne i lekko brudne, nie sprzątane od kilku miesięcy. Wszak nikogo tu przecież nie było. Teraz też można by tak uznać.
Helena nie odezwała się do niej od czasu powrotu do domu.
Matka została wypuszczona z Pawiaka, nie rozstrzelano ani nie wywieziono jej do obozu. Ale Hela ani razu się do niej nie odezwała. Niech matuś w końcu się ogarnie i posprząta, bo jest brudno.

Wciąż patrzyła się w okno i całe dnie spędzała na czytaniu jakichś papierów.
I tak od półtora miesiąca. Zdrada Heli - to końcówka maja, teraz mamy połowę lipca.

Umierała w środku, choć żyła. Ach, gdyby tylko Zośka wiedział. Gdyby wiedział…
Jak mogła to zrobić, wciąż siebie pytała i za każdym razem nie otrzymywała odpowiedzi.
Podała namiary na ojca Kaśki,
A te kołki, zamiast brać dupę w troki i spieprzać czym prędzej ze spalonego lokalu, spokojnie żyły tam dalej… *łomot opadających rąk*
W dodatku Hela otwierała mieszkanie państwa Kamińskich zapasowym kluczem i wchodziła jak do siebie. Powinno im to dać do myślenia.

podała miejsca, gdzie miano malować i pisać na murach,
Bo przecież było to zaplanowane z zegarmistrzowską precyzją, namiary ustalane z dokładnością do pół metra.

podała, gdzie będą wieszać flagi na trzeciego maja.
Za rok.

I teraz wszystko to ciążyło na niej, jak najgorszy bagaż.
Ach, gdyby można było cofnąć czas…
Jak w takim razie rozumieć to jej ”Jesteście bezpieczni, Tadziu. Jesteście... zadbałam o to...“? Przecież z tego wyraźnie wynika, że zdradziła wszystkich i wygadała wszystko.
Po prostu jeszcze na koniec ich okłamała.

***
Rudy biegł przez kolejne ulice, nic sobie nie robiąc z czujnych spojrzeń przechodniów. Jego serce waliło jak oszalałe, myśli prawie eksplodowały.
Porywisty wiatr smagał mu policzku, słońce wypalało rany.
Poparzenia trzeciego stopnia!

(...)

Z przyspieszonym oddechem wpadł na rynek i widząc ślady krwi i zabieranych ciał, pognał do kamienicy z okienkiem na dachu. Schody skrzypiały niezadowolone, że ktoś tak bezczelnie po nich wbiegł, jednak Rudy uznał, że teraz nie czas na bycie dżentelmenem.
Tego afrontu schody nigdy mu nie zapomną.


Szarpnął za ciężkie drzwi i otworzył mieszkanie.
Jego pustka uderzyła go prosto w twarz.
Za to, że tak bezceremonialnie potraktował schody.

Rozdział 14 - Zaśpiewajmy „Rzekę"


To, co działo się tamtego piętnastego lipca 1941 roku w głowie i sercu Rudego, było wprost nie do opisania.
Targało nim tak wiele emocji, że sądzić można, iż był bliski wybuchu od ich nadmiaru.
Jego rudawe włosy przeczesał wiatr, w oczy wkradła się burza, a uśmiech całkiem wyparował od tego letniego powietrza.
Myślałam, że od wzburzenia i strachu – a to proszę, tylko powietrze.

Próbując uspokoić oddech stał w progu mieszkania Kamińskich i jak wzorowy matematyk analizował to, co tu zaszło.
Że Niemcom szajba odbiła, skoro nie zastawili kotła na gości; że dozorca to pewnie szpicel, skoro nie zawrócił go od bramy i nie przegonił precz*); że rzeczywiście coś tu nie bangla skoro nie zaplombowali mieszkania.
---
*) Po akcjach Gestapo i wsypach lokali konspiracyjnych, przed dalszymi aresztowaniami ratowali dozorcy, którzy odpędzali gości mówiąc: “proszę stąd iść, tam wszyscy chorzy!”

Potłuczone naczynia, wyrzucone z półek papiery, podarte gazety.
Podarto nawet Nowy Kurier Warszawski.
„Dorwali Kamińskiego" przeszło mu przez myśl. Redaktor „Głosu Warszawy" (a nie “Nowego Kuriera Warszawskiego”?) był aktywnym działaczem podziemia, nie dziwne więc, że Niemcy mieli na niego chrapkę.

Podniósł z ziemi jakąś podeptana gazetę i rozprostował ją.
„Ruch oporu w Warszawie, Krakowie i Gdańsku połączony siatką konspiracyjną. Nadzieja dla działającej w stolicy opozycji, dzięki informacjom biegłych z Małopolski".
I takie rzeczy wypisywano w gadzinówce?
Zresztą ci “biegli z Małopolski” to pewnie eksperci wyjątkowej klasy z Institut für Deutsche Ostarbeit.

Niech to szlag! Bytnar odłożył pismo i przeszedł do kolejnych pokoi. Pusto, pusto, jasna cholera!
Nerwowo zaczął otwierać szafy, bezowocnie szukając jakiejś skrytki, zejścia do podziemi,
tak, z poddasza przez szafę,
ukrytego pokoju.
Co chciał znaleźć w ukrytym pokoju?
Ukrytą prawdę.

Nic. NIC. Żaden zośkowy spokój mu teraz nie pomagał.


Wtem, zauważył coś na ziemi. Schylił się i ujął w dłonie kilka fotografii.
Oglądał je kolejno, aż dostrzegł na jednej uśmiechniętą twarzyczkę, ukrytą za burzą loków.
Przedstawiona na tej kliszy Kasia siedziała na łące i plotła Amelce wianki. Urocza ta sceneria rozczuliła wpierw jego serce, by zaraz potem zdjąć mu różowe okulary i założyć okupacyjne.

Jeśli Kasia nie żyła, to... To cóż po nim w stolicy…
Pieprzyć tam konspiracyjną robotę.

Zawstydził się własnych myśli, gdy wtem usłyszał skrzypnięcie drzwi.
***
Wzięłam siostrę na ręce
Jedenastoletnia Amelka słodko się w nią wtuliła i zasypiając w ramionach zaczęła ssać palec
i próbując się uspokoić, przeszłam ponownie do domu. Puściłam małą przodem, by już pobiegła do domu, sama zaś uklękłam na skalanej krwią ziemi i dotykając jej zaniosłam się płaczem.
Najważniejsze, że nie zważając na kałużę krwi, Amelka pobiegła prosto do domu.

Ach, mamusiu, co ja pocznę bez ciebie? Tatusiu, jak my sobie poradzimy? Najdrożsi…
Jak mogliście umrzeć?! Teraz będę musiała pójść do pracy!

Tymczasem cierpienie po śmierci rodziców staje się dla bohaterki kolejnym pretekstem do taplania się we wzniosłościach:
Zacisnęłam oczy i przykładając dłoń we krwi do serca, podniosłam się. „Musimy być nie twardzi jak kamienie, lecz tak szlachetni" powiedziała mi kiedyś koleżanka ze szkoły, Justyna Homa. I miała rację, świętą rację. Nawet najtwardsi kiedyś się skruszą, a piękne serce pozostanie nim na wieki.
Czemuś kojarzy mi się Mary z “Dumy i uprzedzenia” mówiąca o “wlewaniu w nasze zranione łona balsamu siostrzanej pociechy” w chwili, gdy reputacja rodziny legła w gruzach. Tak samo patetyczne i nieadekwatne.

(...)
Wartości i ideały są jak górskie szczyty - nikt nie mówił, że ich zdobycie będzie łatwe. Tak samo niełatwe było to, co teraz przeżywałam.
Jakie wartości i ideały można zdobywać w takiej chwili?

Kiedy się traci kogoś bliskiego, to tak, jakby gasła jedna ze świeczek na choince. Gdy zgasną wszystkie, drzewko chowa się w cieniu i przestaje być symbolem świąt. Jest tylko cieniem Bożego Narodzenia.
I w jednej chwili ja stałam się cieniem, bo blask, jakim ogrzewali mnie moi rodzice stał się zimnym chlustem na głowę.
I w ten oto sposób “zimny chlust na głowę” uczynił tę scenę jeszcze bardziej patetyczną.

Nacisnęłam klamkę u drzwi i weszłam do mieszkania. Usłyszałam pisk radości i Amelka rzuciła mi się na szyję.
– Kasiu, Kasiu, wiesz, kto tu jest?
- Przyszło kilku panów i to pewnie są święci Mikołajowie, prawda?!

– Śmiała się, a jej policzki były zaróżowione. Moja mała siostrzyczka nie rozumiała wtedy, czym jest śmierć i rozpacz. I wcale nie paliłam się do tego, by jej to tłumaczyć.
Obudzi się za trzy lata, pierwszego sierpnia, i będzie pytać: A dlaczego panowie robią pif-paf? A czemu ta pani upadła? A co to takie czerwone leci?
Będzie już miała czternaście lat. Rączki wyciągnie po misia i wdrapie się na kolana siostry.
Ona w jeden rok robi cztery, więc będzie już po dwudziestce :D
Najlepszy wiek, żeby dać się siostrze nosić na rękach. “O samolocik leci, samolocik!”


(...)
– Rudy! – wykrzyknęła mała i wyrywając mi się podbiegła do Janka, który właśnie wszedł do pokoju. Zamarłam w jednym momencie.

Szybko wytarłam rękawem twarz, by nie było na niej śladów łez i poprawiłam makijaż podniosłam się. Uradowana Amelka napomknęła coś o tym, że idzie bawić się lalkami i pobiegła do pokoju, a ja stałam jak wryta, wpatrując się w Bytnara.
Czniać tam rozstrzelanych przed chwilą rodziców.

(...)


Przytuliłam się znów do niego i zacisnęłam dłonie na jego koszuli. Była już cała mokra od moich łez, lecz nie przeszkadzało mu to w żadnym wypadku.
Gdzieś obok Amelka bawiła się w dom.
Laleczkami.
Niech ktoś w końcu wywiezie to nieszczęsne dziecko gdzieś na wieś, niech tam pasie gąski, zbiera jagódki i wije wianki. Przecież ona stanowi bezpośrednie zagrożenie dla każdego.

(...)

– Dziękuję, Rudy. – odparłam. Przybliżył się w moją stronę i nachylił lekko. Moje powieki spłynęły w dół.
Powieki zsunęły się Kasi na podłogę, a mały nieogar zawraca głowę:

– Kasiu! – Krzyk Amelki wytrącił nas oboje z tej chwili spokoju. – Kasiu, gdzie jest mamusia?
Mała usiadła pomiędzy nami, najwyraźniej fantastycznie czując się w obecności Bytnara. Harcerz ucałował ją w czółko.

– Mamusia jest u swojego taty – odpowiedziałam.
– U dziadziusia? I nas nie wzięła? – Obruszyła się.
O śmierci dziadka też się nie dowiedziała.
Może Kasia tak aluzyjnie przekazuje, że “poszła do domu Ojca”.

– Jeszcze nie, miśku. Jeszcze nie. – Połaskotałam ją i oparłam głowę na ramieniu Rudego.
Nawet nie spostrzegłam, kiedy jego dłoń zamknęła w sobie moje drobne ręce.

(...)


***
12 listopada 1941 roku.
Hela założyła na głowę czarną chustkę i opatulając się szczelnie, wyszła z mieszkania. Praga była dzielnicą bardzo biedną, mieszkało tu dużo Żydów
Tych, którzy powiedzieli “Getto? Co za kretyński pomysł, nigdzie się nie przeprowadzamy, nie ma mowy!”.

i spora część robotników.
A pozostała część robotników mieszkała gdzie indziej.

Do tego na Brzeskiej kwitło pijaństwo i bijatyki.
Kabicka podejmuje decyzję.
Jej się też coś od życia należy, choćby pijatyki i bijatyki.

Kabicka postanowiła, że w końcu musi wyjść, bo oszaleje.
Ona też pasożytuje zamiast zabrać się do roboty?

Jej prawie biała skóra potrzebowała słońca, a w domu z matką nie dawała już rady.
Spoko; pół roku siedzi w domu, nie wyściubia nosa, a potem w listopadzie idzie łapać słońce. Powodzenia.
Hela idzie się poopalać na ulicy. No, jeszcze przedawkuje witaminę D i będzie kłopot.
Za to ani ona, ani matka nie potrzebowały pieniędzy. Żywiły się manną niebieską i przepiórkami, czy może obowiązek aprowizacji wziął na siebie Max?
To był dobry Niemiec. Przez rok trzymał Kabickich  w koedukacyjnej celi, czekając aż Sophie Angerer opowie o Zośce, więc teraz przynosił wałówkę i opłacał czynsz.

Tęskniła za czasem, gdy biegała po lasach, zatapiała się w styczniowym śniegu czy chlapała wodą przy Wiśle.
Te wspomnienia budziły w niej tak gwałtowne uczucia, że aż sama się ich bała. Miała ochotę iść na Koszykową, wyjaśnić Zośce wszystko i ucałować go, jednak wiedziała, że może to doprowadzić do kłopotów.
Zdrada na wojnie karana jest śmiercią i funkcyjni Wawra oraz Koniczyn na pewno wiedzieli już o jej wybryku. No raczej!!! (wybryku, mujborze…)
Nic w Polsce Podziemnej nie pozostawało bez śladu.
Nie wiem, dlaczego ona wciąż siedzi w Warszawie, na jej miejscu zabierałabym dupę w troki natychmiast...


Przysiadła na rogu Brzeskiej i Ząbkowskiej, zamyślając się.
Rozłożyła leżak i wystawiła się do słońca. Przyjdzie wreszcie ktoś z charakterystyczną tutaj popijawą i bijatyką?  Listopad, zimno w sempiternę, jak długo ma czekać?!

Czuła się tak okropnie winna tego, co zrobiła. Kasia pewnie jej nie wybaczy, Zośka wyklnie, tak samo jak reszta. Gdyby tylko wiedzieli…
Ojej, to okropne. Będą na nią krzyczeć, może nawet strzelą focha?!.

Schowała twarz w dłoniach i z trudem powstrzymała łzy. Do jakże okropnych czynów zmusza wojna... Wybrać pomiędzy jednym życiem, a drugim, czy to ma sens?
Nie. Bo wojna w ogóle nie ma sensu.
Głębokie jak ten jej dołek na Powązkach.

***
Nocne wizyty na cmentarzu, stały się dla Zośki swego rodzaju rutyną. Zręcznie wymijał patrole granatowej policji i cudem najprawdziwszym dostawał się żywy do świata umarłych.
A Cerber jadł mu z ręki.

Tadziu, zdradzę ci wielką tajemnicę: cmentarze są normalnie otwarte w dzień i można tam sobie legalnie pójść, bez tych wszystkich cyrków.


Podczas jednej takiej jednostronnej rozmowy, zauważył, że ziemia została naruszona. Przeklął się w duchu za swą niedokładność w dopilnowaniu pochówku i dotknął zgrabiałymi palcami gleby.
– Jeśli tylko tam jesteś [sam w to wątpił?] – szepnął - to śpij, Helu.
- Ale się nie rozkopuj!
Śpij, bo ze snu można się obudzić.
I obudziła się. Tylko on wciąż oczy miał zamknięte.

Rozdział 15 - Nie zakochuj się, Zośka

Ci, którzy myśleli, że okupacja niemiecka będzie łagodna, przypominająca tą z lat 1916 – 1918, grubo się mylili.
Ciekawe, czy po dwóch latach został jeszcze ktokolwiek, kto mógł żywić takie złudzenia.

Niemcy zdecydowali, że najpierw Warszawę postawią do pionu, a potem rzucą na kolana.
Jednym z tych początków „pokłonu" stolicy, było stworzenie getta i przeniesienie tam ludności żydowskiej.
Owszem, zrobili to już w 1940.

Ponieważ teren zamkniętej dzielnicy stanowił dość duży obszar, ludzi przesiedlano do innych mieszkań, by zrobić także miejsce volksdeutschom  
Nie ogarniam. Wychodzi na to, że Volksdeutschów zamknięto w getcie, natomiast Żydzi już się nie zmieścili i musieli mieszkać po stronie aryjskiej.

W wyniku tych działań nie mogłyśmy już z Amelką mieszkać same. Ponieważ dysponowałyśmy dwoma pokojami, kuchnią i łazienką (nie, Stare Miasto nie było skanalizowane), przydzielono nam dodatkową osobę do domu, rozmyślając nad jeszcze jedną.
A dziewczęta nie wpadły na pomysł, żeby pokoje komuś wynająć za pieniądze…
O tej “jeszcze jednej osobie” to rozmyślali okupanci, prawda?

W mieszkaniu było zimno, pusto i biednie. Co wartościowe rzeczy zawiozłam któregoś poranka na bazar Różyckiego, bo tam wielu było klientów i miejsce to uchodziło za dobrze obrotne handlowo. Śmiano się, że można tam nawet kupić „bombie atomowe".
Spooooko! Durne Amerykany jeszcze cztery lata będą dłubać w Los Alamos, zanim cokolwiek wydłubią, a tu u nas, na Różyckim i Kercelaku, nie takie rzeczy można kupić! Panie sianowny, kup pan bombkie, kup pan perszinga! A może plany Gwiazdy Śmierci? Albo śrubokręt soniczny, prawie nówka!

Aż tu wtem! rozlega się pukanie do drzwi i przychodzi “przydzielona” osoba; niejaka Klaudia Abramowska.

Zawołałam Amelkę, która z euforią powitała naszego gościa. Zaczęła wypytywać speszoną Klaudię o wszystko, jakoby bawiła się w ojca i jego dziennikarski fach.
Dostała od taty podręcznik: “Mały konfident. Zestaw do ćwiczeń praktycznych”.

(...)


[Amelka] Wystawiła język, potarmosiła mnie po włosach, ucałowała w oba policzki i popędziła do swoich lalek. Mimo że była prawie w wieku moich najmłodszych harcerek, to wciąż umysł miała niczym dziecko.
No i miałam rację, że opóźniona.
Ciekawe, czy do Amelki już dotarła informacja, że jest sierotą, czy po czterech miesiącach nadal wierzy, że rodzice wyszli na spacerek i nie wrócili?
Amelka, jak typowa bohaterka opka, doskonale odnalazła się w sytuacji nagłego braku rodziców.

Gdy opuściła salon i w małym pokoju zgasło światło, popatrzyłam na Klaudię z pytaniem w oczach.
– Jesteś Żydówką, prawda? – starałam się, by mój ton był jak najbardziej opanowany i życzliwy.
– Tak... – W jej głosie była jednocześnie duma i smutek.
Najpierw mały szpicel robi jej przesłuchanie, teraz ona…
Klaudia, typowo żydowskie imię (a i wśród chrześcijańskich Polaków w tym okresie dość rzadkie, level Adolfina)… Pewnie pochodzi w prostej linii od Józefa Flawiusza.


– Chłopcy załatwią ci papiery. Przy Chorzej [!!!] pięćdziesiąt trzy jest kaplica, gdzie ksiądz tajne bibuły rozprowadza. Zrobią ci tam i dokumenty.
Spokojnie. Nie ma mowy, żeby ktoś trafił na ulicę Chorzą.
Jak Chorza, to chyba w Chorzowie.

– Dziękuję... – wyszeptała, patrząc przy tym w ziemię. Szarawe włosy opadły jej na twarz; założyła jeden kosmyk za ucho i przygryzła wargi. – Ja panią przepraszam za to, że pani musi…
Znaczy, poprawcie mnie jeśli się mylę, ktoś pod przymusem przydzielił jej współlokatorkę (kto, Niemcy? Tak. Administracja domu? Też). Współlokatorka jest Żydówką, ale zamiast przesiedlić ją do getta, pozwalają jej swobodnie szukać mieszkania po aryjskiej stronie?
Nie, nie żadne “swobodnie”. Przecież dostała urzędowy przydział mieszkania na Rynku Starego Miasta.
I nie to, że ona już od roku ukrywa się na fałszywych papierach; przecież dopiero teraz ma je dostać!

Natomiast ksiądz z ulicy Chorzej poczuł się gorzej, gdy zaczęto go pomawiać o współpracę z Wydziałem Legalizacji Komendy Głównej AK.
Ok, może nie wyrabiał dokumentów sensu stricte, ale mógł wystawiać ukrywającym się Żydom fałszywe metryki chrztu. A na podstawie metryki spokojnie można było wyrobić nowe dokumenty.
Ojtam. Lepsze były te z Kresów, bo nie do sprawdzenia.

– Żadna tam ze mnie „pani". – Machnęłam ręką. – Mów mi Kasia i nie przepraszaj. Dobrze, że tu jesteś, lepiej, niżby mieli tu Niemcy mieszkać.
Cóż, za wynajmowanie pokoju Niemcom przynajmniej nie groziłaby jej śmierć.  

Autorka coś tam gdzieś tam słyszała o ukrywaniu Żydów, ale...

(...)

Siostra spała już smacznie w swym łóżeczku, przytulając do piersi pluszowego, nieco zniszczonego misiaczka. Zrobiłam jej znak krzyża na czole i sama położyłam się po drugiej stronie pokoju. Księżyc wpadł przez okno i zaczął śmigać po podłodze (jak to światełko, którym drażni się koty), lecz ja nie przyłączyłam się do tej zabawy (bo nie byłam kotem). Zasnęłam.

Z poddasza kamienicy na Rynku Starego Miasta pozdrawiają: Jasza czytający roczniki Nowego Kuriera Warszawskiego, Kura handlująca na bazarze bombami atomowymi, Babatunde Wolaka z planem Radomia


oraz Maskotek, który za telewizorem znalazł tajne schodki i zszedł do Podziemia.