piątek, 17 listopada 2017

342. Sevcio stachanowiec, czyli wcale nie jestem cesarzem, wcale! (Klątwa przeznaczenia 3/?)

Drodzy Czytelnicy!


Minęło dopiero kilka dni pobytu Arienne w Ravillonie, ale wygląda na to, że życie jego mieszkańców już nigdy nie będzie takie samo. W tym odcinku obejrzymy pokazy niezwykłych mocy, dowiemy się wstrząsających rzeczy o pochodzeniu naszych bohaterów, inne uniwersa co chwilę będą zaglądać do Ravillonu i odnajdywać tam swoje zagubione elementy i w ogóle… czeka nas kosmiczny zawrót głowy. Indżojcie!

część 1
część 2


Analizują: Vaherem, Kura i Kazik.


–  Dużo  ich  jeszcze  zostało,  Jovenie?  Mam  wrażenie,  że  tkwimy  tu  już  od  kilku  dni.  –  Severo  ściąga  zakrwawiony  kaptur  z głowy  i zwraca  oblicze  ku  towarzyszowi.  Zbliżający  się  do  trzydziestki  oficer  stojący  obok  podwyższenia  przegląda  dokumenty.
Zakrwawiony kaptur? Partacz, a nie kat. Niby tyle głów ściął, a nadal amator.
Może trafił na jakiegoś wysokociśnieniowca i ten jak mu siknął!


–  Nie,  Mistrzu.  Ten  będzie  ostatni  na  dziś.
–  Bogom  dzięki!  Kto  tym  razem?  –  Brunet  wspiera  zmęczone  dłonie  na  jelcu  olbrzymiego  miecza,  którego  żaden,  nawet  najwprawniejszy  we  władaniu  bronią  wojownik,  nie  byłby  nawet  w stanie  podnieść.  
Bo miecz katowski to nie broń, to narzędzie. Taki miecz nie służył do szermierki, nie miał sztychu, służył tylko do jednego rodzaju uderzenia. I był cięższy od zwykłego miecza, co pomagało w zadaniu odpowiedniego ciosu, ale nie aż tak niemożliwie ciężki, jak chcą autorki - ważył około 2 kilogramów. Zaprawdę, straszny ciężar.


Strużki  świeżej  krwi  spływają  po  głowni  aż  na  kamienną  posadzkę,  która  cała  zabrudzona  jest  zakrzepłą  posoką  i ludzką  tkanką.
Złotowłosy  Związkowiec  patrzy  na  jeden  z pergaminów  opatrzony  pieczęcią  przedstawiającą  Cesarskiego  Lwa.
–  Buntownik,  konspirator,  zdrajca  o poglądach  zagrażających  dynastii  panującej  –  czyta.
–  Czyli  to,  co  zwykle.
–  Ostatnimi  czasy  takie  wyroki  przeważają  nad  innymi  wydanymi  przez  Cesarski  Trybunał.
Hm. Wyroki wydaje Cesarski Trybunał, więc procesy odbywają się gdzieś w stolicy – a więźniów ścina się w Ravillonie? Muszą mieć z tym spore zawracanie dupy – transporty przez cały kraj, zapłata i wyżywienie dla eskorty, pasza dla koni, a dodajmy jeszcze ryzyko, że kamraci buntownika zrobią po drodze zasadzkę, żeby go odbić…
Związek dał w łapę komu trzeba, to Związek wygrał cesarski przetarg na dostarczanie uciętych głów, i kto za to płaci? Ja i pan płacę, na to idzie nasza pańszczyzna!


–  Czyli  albo  w istocie  Saulo  ma  aż  tylu  wrogów,  czemu  wcale  bym  się  nie  dziwił  –  Mistrz  Walk  uśmiecha  się  szelmowsko  –  albo  to  jego  kolejny  kaprys  lub  urojenie,  czemu  nie  dziwiłbym  się  jeszcze  bardziej.


giphy.gif
–  Słyszałem,  że  na  północy  kraju  szerzy  się  rebelia  mająca  na  celu  obalenie  jego  władzy.  Wielki  Książę  wzywa  swych  rodaków  do  wyzwolenia  się  spod  protektoratu  Cesarza  i wydzielenia  ziem  Anturii  od  Fenerii.  Zapewne  Damon  chce  z powrotem  uczynić  ze  swego  terytorium  oddzielne  królestwo,  skoro  już  nic  prócz  waśni  nie  łączy  go  z tronem  w Fenis.
–  I liczysz  naiwnie,  że  powiem  ci  coś  więcej  na  ten  temat,  bo  jestem  jednym  z anturyjskich  pobratymców  Damona?  –  śmieje  się  Severo.
–  Mistrzu,  zbyt  dobrze  cię  znam,  by  nie  wiedzieć,  czyją  stronę  wybierzesz  w tym  sporze  –  blondyn  odpowiada  mu  z lekkim  uśmiechem.
–  Dopóki  Saulo  i Mitylena  hojnie  mi  płacą  i obojętną  dla  nich  jest  ma  rasa,  nie  mają  dla  mnie  znaczenia  powszechne  nastroje  co  do  ich  rządów – wyjaśnił rozwlekle Severo, choć żaden z jego kumpli tych wyjaśnień nie potrzebował, a i czytelnik by się sam domyślił. –  Wielki  Książę  nie  korzysta  z naszych  usług.  Trudno  więc  wymagać,  bym  szczególnie  interesował  się  jego  Losem.  Z zasłyszanych  plotek  wiem  jedynie,  że  faktycznie  od  jakiegoś  czasu  gromadzi  na  swym  dworze  w Durevaldzie  przeciwników  Cesarza.  
Skoro takie plotki wymieniają między sobą nawet kaci w Ravillonie, to nie wiem, co głowa księcia jeszcze robi na jego karku.
Los ją trzyma. Taki przez duże “L”. To chyba jakiś oddzielny byt, może bóstwo opiekuńcze? Coś jak “Przeznaczenie” Arienne?


Ale  nie  ma  co  się  łudzić.  To  nie  potrwa  zbyt  długo,  gdyż  Mitylena  nie  zniesie  spisku.  Zapewne  już  mobilizuje  swą  armię.  Damona  czeka  rychła  porażka  i straszliwa  kara.
–  Chyba  że  spełni  się  przepowiednia  o Nadziei  z Południa,  której  Wielki  Książę  hołduje.
“Gdy popłynie krew czerwonej gwiazdy i zbiorą się ciemności, Azor Ahai narodzi się ponownie pośród dymu i soli, by obudzić śpiące w kamieniu smoki.”


–  No  nie!  Nie  wierzysz  chyba  w te  brednie,  które  roznoszą  po  Kontynencie  bardowie,  karmiąc  nimi  prostaków  i wydzierając  z ich  kies  ostatnie  feny?  Damon  to  szaleniec,  więc  może  jego  urzekły  te  żałosne  historyjki,  ale  ciebie,  Jovenie,  nie  podejrzewałbym  o podobny  sentymentalizm.
Damon brzmi podejrzanie podobnie do Daemona Blackfyre, bękarta Aegona III Targaryena, który to rozpoczął krwawą wojnę domową w uniwersum Pieśni Lodu i Ognia G.R.R. Martina. Tak tylko mi się skojarzyło…
Tu wiele imion brzmi podobnie do czegoś, włącznie z samymi imionami głównych bohaterów, które podejrzanie przypominają te z powieści “Niewolnica”.


–  Ludzie  dużo  ostatnio  mówią,  nawet  tu,  w Ravillonie,  o powrocie  na  tron  zapowiedzianego  w gwiazdach  potomka  dynastii  Arwernów.  
Ach, ten kwiecisty język w ustach pomocnika kata.
Pewnie po przyjeździe do Ravillonu trafił do Mistrza Etykiety.


Ty,  Mistrzu,  jesteś  zadowolony,  bo  Cesarz  cię  hołubi  i uważa  za  przyjaciela.  Lecz  jego  poddani  cierpią  głód  i nędzę.  Tylko  stolica  jest  pokazowym  miastem  Fenian.
Tylko Phenian jest pokazowym miastem Korei Północnej ;)


Poza  jej  granicami  panuje  bieda  i zniewolenie.  Zwłaszcza  na  północy  Cesarstwa  właśnie.
Severo  prostuje  się  i porusza  głową,  by  rozciągnąć  obolałe  mięśnie  karku  i szyi.
–  To  prawda.  Mitylena  traktuje  tamtejszych  mieszkańców  jak  niewolników.  Ostatnimi  czasy  zaostrzyła  swe  rządy  nad  nimi.  Pozbywa  się  ich  masowo  z zachodnich  terenów  Anturii.  Sprzedaje  jak  bydło  Krajom  zza  Morza,  a ich  ziemie  zasiedla  Feneryjczykami.  
Rozumiem, że robi to na terenie tego księstwa rządzonego przez Damona? To się dziwię, że dopiero teraz facet myśli o zerwaniu paktów łączących go z Cesarstwem.


A ludzie,  jak  im  źle,  zawsze  wymyślają  sobie  bajki  na  pocieszenie,  w stylu  tych  o tajemniczym  Arwernie,  który  doprowadzi  do  zmiany  na  tronie  w Fenis  i odrodzi  Cesarstwo  zgodnie  z intencją  jego  założyciela.  
Intencją “założycieli” różnych imperiów przeważnie było “podbić co się da i czerpać z tego jak największe zyski”.
...którymi mniej lub bardziej można się dzielić z poddanymi. Brzmi jak coś, pod czym niejeden Feneryjczyk chętnie by się podpisał.


Ale  obaj  wiemy,  że  to  wierutne  bzdury.  No.  Dlatego  dość  gadania.  Dawaj  mi  tu  tego  ostatniego  i kończmy  na  dziś.  Czeka  mnie  jeszcze  sprawdzenie  stanu  naszego  uzbrojenia  i spis  braków,  które  muszę  uzupełnić  podczas  najbliższych  zamówień.
–  A potem  nowa  kobieta  w łożu  –  śmieje  się  oficer,  wyciągając  spośród  dokumentów  odpowiedni  zwój  i kładąc  go  na  wierzchu  pozostałych.
–  Jeśli  nie  padnę  na  atak  serca  ze  zmęczenia.  Nie  spałem  dziś  w nocy.
–  Trudno  się  dziwić  po  takich  emocjach  i wyczynie  godnym  prawdziwego  Mistrza.
W sensie, że nikt poza Mistrzem nie jest w stanie rozdziewiczyć kobiety? Panny w klątwoversum mają błonki z hartowanego szkła?
Hm, to już widzę, na czym Związek mógłby nieźle zarabiać…


(...)
–  Wprowadzić  więźnia  numer  osiemset  dwadzieścia  pięć!
Do  niskiego,  dusznego  lochu  pozbawionego  okien,  w którym  znajdują  się  obaj  mężczyźni,  dwóch  Związkowców  wciąga  za  ramiona  skatowanego  człowieka.  Musiał  być  długo  torturowany  i bity,  gdyż  nie  jest  w stanie  ustać  na własnych  nogach,  a jego  bose  stopy  stanowią  całkiem  nierozpoznawalną  bryłę  złożoną  ze  skrzepów  i strzępów  skóry.
–  Na  górę  go!  –  rozkazuje  oficer,  a strażnicy  posłusznie  wleką  skazańca  po  schodkach  na  podest,  gdzie  obok  kamiennych  dyb
KAMIENNE DYBY. Bo wiecie, drewniane byłyby za mało tru. To znaczy, zdarzały się kamienne dyby, ale w całej karze zakucia w nie, chodziło o to, by skazany przebywał w niewygodnej pozycji przez dłuższy czas. A tu ci biedni strażnicy muszą co chwile je podnosić, bo Sevcio ścina więźnia za więźniem.


stoi  potężny,  cały  spowity  w czerń  Mistrz.  Mężczyźni  rzucają  do  jego  stóp  nieszczęśnika,  rozkuwając  jego  pokiereszowane  dłonie.  Więzień  unosi  ciemne,  przepełnione  bólem  źrenice  na  Kata  i aż  się  cofa  z przerażenia  na  widok  jego  sylwetki  i olbrzymiego  miecza,  który  dzierży  oprawca.
–  Ostatnie  życzenie?  –  zgodnie  z odwieczną  tradycją  pyta  Severo
–  Idź stąd i wychędoż się sam  –  odpowiada więzień.
 patrząc  na  kulącego  się  przed  nim  człowieka,  o którym  nic  nie  może  wiedzieć.  Kolejna  twarz  do  niekończącej  się  listy  jego  ofiar.  Po  rysach  sądząc  –  szlachcic.  
W klątwoversum odróżniają szlachtę od plebsu po długości nosa.


Na  oko  –  dobrze  po  pięćdziesiątce.  Oliwkowa  skóra,  czarne  niegdyś,  dziś  przesiane  siwizną,  włosy  i duże,  nieco  skośne  oczy.  Anturyjczyk.  A jakże.  Mieli  wyczucie  z Jovenem  poruszając  temat  polityki  Wielkiego  Księcia.  Za  chwilę  zabije  kolejnego  swojego.
Jeniec  zdaje  się  wahać,  lecz  w końcu,  w obliczu  grożącej  mu  śmierci,  zrywa  z szyi  ukryty  pod  podartą,  śmierdzącą  od  brudu  koszulą  cienki  łańcuszek  i wyciąga  go  w stronę  Kata.
–  Weź  ten  medalion  –  wypowiada  schrypniętym  głosem.
Skazańcowi udało się zachować jakiś medalion? Nie został mu odebrany podczas aresztowania lub ukradziony przez strażników?
Koszula była tak bardzo brudna i śmierdząca, że nikt nie odważył się go przeszukiwać. Albo schował go w tym samym miejscu, gdzie Sevcio chował mieszki ze złotem…


Mistrz  Walk  bierze  drobny  przedmiot  i kryje  go  w jednej  ze  swych  czarnych  rękawiczek.
–  Przekaż  go  Arcymistrzowi  i powiedz  mu,  że…
–  Hola!  To  już  trzy  życzenia,  a była  mowa  o jednym  –  przerywa  mu  Severo.  Czuje,  że  nim  zajmie  się  dokumentami  Związku,  powinien  się  przespać.  A jeśli  nie,  to  przynajmniej  wykąpać,  by  pozbyć  się  odoru  tego  miejsca  ze  swego  ciała.
–  Ścinamy!  –  decyduje  znad  akt  Joven,  rozumiejąc  aluzję  w głosie  Mistrza.
Związkowcy  stojący  na  podeście  znów  chwytają  wyrywającego  się  mężczyznę  i prowadzą  ku  dybom.  Kamienna  konstrukcja  ginie  pod  grubą  warstwą  krwi  skazańców,  którzy  dotychczas  zakończyli  w niej  swój  żywot.
Krwi i gówna, że tak zauważę. Po śmierci puszczają zwieracze.
Tak poza tym, to przy “ścince” mieczem nie używano dyb. Skazaniec albo klęczał, albo siedział na krześle (związany, jeśli stawiał opór).
Swoją drogą, z każdym kolejnym muszą się bardziej ślizgać...


–  Nie!  Nie  rozumiecie!  Musicie  dać  go  Arcymistrzowi!  Frygill  będzie  wiedział,  kim  jestem!  Ten  medalion  należał  do  Gerharda!  Do  Zjednoczyciela  Fenian!  Pierwszego  Cesarza!  Skrywa  wielką  tajemnicę.  Nie,  błagam!  –  Niewzruszeni  krzykami  i szarpaniną  strażnicy  wpychają  jego  dłonie  w przeznaczone  na  nie  otwory,  po  czym  zamykają  dyby,  zmuszając  mężczyznę  do  złożenia  głowy  w specjalnie  do  tego  przystosowanym  wyżłobieniu.  –  Błagam!  –  Skazany  prawie  płacze.  –  To  nieporozumienie.
Spoko, totalnie widzę skatowanego skazańca, jak woła “To nieporozumienie! To straszna pomyłka! Mogę wszystko wyjaśnić!”


Arcymistrz  mnie  uwolni.  Jest  moim  przyjacielem!  On  też  brał  w tym  udział!  On  wie!  Zna  prawdę!  Gerhard  nie  umarł!  Żyje!  I jest  tu…  Tu,  w Ravillonie!  
*Nieśmiałym głosikiem* Czyżby… czyżby to był Severo?
Nie, to na pewno nie jest Severo, gdyż albowiem ponieważ!


Jest  jednym  z was.  Błagam…  Nieee…  –  Krzyk  zamiera  w ustach  nieszczęśnika,  gdy  potężny  cios  spada  na  jego  kark.  Głowa  natychmiast  odłącza  się  od  ciała  i stacza  się  z podwyższenia,  zatrzymując  tuż  przy  jednej  z nóg  biurka  Jovena.
Tyle egzekucji, a oni nadal nie pomyśleli o jakimś wiaderku na głowy.
Severo jest Lwem. Czyli takim dużym kotem.
gif-cat-ball-637498.gif
http://meowgifs.com/wp-content/uploads/2014/06/gif-cat-ball-637498.gif
Z nieopróżnionego kosza wysypywały się głowy, na podłodze zalegała kilkucentymetrowa warstwa krwi. Pani Jadzia ogłosiła strajk do czasu, aż dadzą jej normalny strój roboczy, bo od tego sprzątania lochów w sukni z cyckami na wierzchu bolą ją korzonki.  
 
Bezgłowy  korpus  osuwa  się  po  drugiej  stronie  dybów,  wstrząsany  pośmiertnymi  drgawkami  rozkurczających  się  mięśni.
Czyli ten debil Severo ucina też przynajmniej jedną dłoń, bo nie wiem jak inaczej może zadać cios, gdy skazaniec jest w dybach. Czyli nasz debil dokłada sobie roboty. Poza tym ryzykuje też wyrżnięcie mieczem o kamienną podłogę. A także, jestem ciekaw w jaki sposób Sevcio wyprowadza uderzenie, skoro on sam jest bardzo wysoki, ma długie łapy, a miecz (jak informuje książka później) jest dłuższy niż wzrost przeciętnego człowieka - a znajdujemy się w “niskim i dusznym lochu pozbawionym okien”, zaś same dyby i kat znajdują się na podwyższeniu, na które trzeba wejść po schodkach.
Coś mi to przypomina… Pamiętacie popisy Siriusa w “Achai”?
Chłopak nie mógł wziąć zamachu w ciasnej izbie. Walnął mieczem w powałę, potem strącił z szafy lichtarz i stłukł dzbanek stojący na ławie.
(...)
Dłuższą chwilę szamotał się po izbie, usiłując schować swój miecz do pochwy. W ciasnocie długie ostrze zwaliło naczynia ze stołu, gminne księgi z koślawej półki, a wreszcie wbiło się we framugę. Rycerz zaklął siarczyście, wyszarpnął je i wyszedł, by dokończyć operacji na dworze.
No właśnie jakoś tak to widzę.
A ja widzę Sevcia próbującego wyprowadzić cios, ale co chwilę coś mu przeszkadza - a to za niski sufit, a to trafia w dyby… związkowcy, rzucając sobie znaczące spojrzenia i poszturchując się łokciami, ledwo mogą powstrzymać śmiech, a w tle leci motyw muzyczny z Benny Hilla.


–  Koniec!  –  wykrzykuje  radośnie  Severo,  zrzucając  z twarzy  kaptur.
–  Na  dziś.  Jutro  mamy…  –  Jasnowłosy  oficer  znów  wertuje  stos  papierów.  –  Jutro  mamy  osiemdziesięciu  dwóch  do  zgładzenia.
Osiemdziesięciu dwóch? I wygląda na to, że ścinanie kilkudziesięciu ludzi codziennie to rutyna, nie wyjątek?
W cesarstwie musi właśnie w najlepsze trwać powstanie, nie tylko na północy, ale w całym kraju! Bo przecież nie zwoziliby buntowników z całego obszaru, by tracić ich wyłącznie w Ravillonie, prawda? Prawda?
Poza tym, jeśli oni codziennie ścinają kilkadziesiąt osób (ręcznie, mieczem!), to po pierwsze wątpię, czy jeden Severo temu podoła (a tylko on jest katem), po drugie, daje to około 2500 ofiar miesięcznie, 30 000 ofiar rocznie… Pol Pot wysiada przy Severze. Z późniejszego opisu innej egzekucji wiemy też, że ciała trafiają do kremacji… chyba wiem, skąd te szare, ciężkie chmury nad Ravillonem!
Ok, nawet jeśli założymy, że nie ścinają codziennie aż tylu (ostatecznie ten konkretny ma “tylko” nr 852), to i tak plan na następny dzień jest morderczy. Zastanówmy się, ile czasu zajmuje egzekucja jednego więźnia? Doprowadzają go z lochu, zakuwają w dyby, załóżmy, że więzień jeszcze stawia opór, albo chce wygłosić ostatnie słowa, albo ma jakieś konkretne życzenie, którego spełnienie zabiera więcej czasu niż zabranie medalionu. Po ścięciu natomiast muszą uprzątnąć ciało, krew i odchody, pójść po następnego… Tymczasem, żeby ściąć 82 więźniów w ciągu doby, Severo musiałby każdemu poświęcić 17 minut, pracując bez przerwy na siku, jedzenie, sen, nie mówiąc już o igraszkach z Arienne.




Bardzo ładny obrazek wyżej wstawiła Kura - zwróćcie uwagę w jakiej pozycji jest skazaniec. Poza tym cesarz nie ma żadnego interesu w wywożeniu więźniów do Ravillonu. Raz, transport wymaga odpowiednich nakładów pieniężnych i ktoś musi tego pilnować. Dwa, publiczna egzekucja to rozrywka dla plebsu i przestroga dla tych, którzy myślą o buncie.
Trzy, nie bardzo rozumiem, dlaczego więzień zdecydował się odwołać do Arcymistrza dopiero podczas egzekucji, a nie wcześniej, gdy go przesłuchiwano i torturowano w lochach.
Może próbował, ale nikt go nie słuchał?
No nie wiem, torturowano go, więc domyślam się, że po to, by wyciągnąć zeń jakieś informacje. Mógł powiedzieć, że przyzna się do wszystkiego ale pod warunkiem widzenia z Arcymistrzem. Czy cuś.  
Hmm, w sumie mogło tak być.
Poza tym samo to, CO mówi… W zasadzie to wsypuje Arcymistrza, zdradzając jego udział w jakimś spisku. Hmmm…


–  Nie  psuj  mej  radości,  Jovenie.  –  Czarnowłosy  wojownik  chwyta  za  swój  miecz  i zbiega  ze  schodów.  –  Teraz  szybko  do  łaźni,  potem  dokumenty,  a później…  –  Milknie,  widząc  znaczące  spojrzenie  swego  towarzysza  oraz  dwóch  pozostałych  Związkowców.
–  Wizyta  w alkowie  nieskalanej  Arienne  –  kończy  jeden  ze  strażników,  niespełna  dwudziestoletni  szatyn  ze  związanymi  w długi  kucyk  włosami,  tłumiąc  śmiech.  
I cóż nam po tym opisie, skoro chłopak i tak na zawsze zostanie częścią bezimiennej masy.


Podnosi  obciętą  głowę  z posadzki  i chowa  ją  do  płóciennego  worka,  do  którego  Joven  przyczepia  niewielką  karteczkę (samoprzylepną)  z numerem  ściętego  więźnia.  Starszy  z wartowników  ściąga  w tym  czasie  ciało  z podwyższenia  i rzuca  je  nas  stos  innych,  leżących  w ukrytej  przy  wejściu  niszy.
Hm, głowa do woreczka z numerem, a ciało na stos? Zachowują te głowy do celów ewidencji? Wysyłają gdzieś, jako dowód wykonania zlecenia?


(...)


–  A swoją  drogą…  –  młodszy  wartownik,  niosący  wór  z głową  straceńca,  zwraca  się  do  towarzyszy,  gdy  opuszczają  loch  i wkraczają  do  niskiego,  mrocznego  korytarza  wiodącego  obok  kolejnych  celi,  z których  dobiegają  przeraźliwe  krzyki  i błagalne  skowyty  –  …gdyby  to  była  prawda  z tym,  co  mówił  ten  człowiek…
–  O Gerhardzie?  –  Joven  patrzy  na  młodzieńca  kątem  oka.
–  Tak.  Z ciekawości.  Gdyby  żył  do  dziś,  tu  czy  gdziekolwiek  indziej,  ile  miałby  lat  teraz?
–  A co?  Chcesz  go  szukać?  Czy  może  uważasz,  że  sam  nim  jesteś?  –  Drugi  strażnik  wybucha  śmiechem.
–  Trzydzieści  sześć,  Hafranie  –  odpowiada  mu  Severo,  przerzucając  miecz  do  lewej  ręki,  gdyż  prawa  omdlewa  mu  z wysiłku.  
Mujborze, on przez cały dzień ścinał więźniów tym nieprzeciętnie długim i ciężkim mieczem – jedną ręką?
https://nerdist.com/wp-content/uploads/2017/06/Hellboy-in-Injustice-2-322x268.jpg
Brak wyobraźni autorek nie przestaje mnie zdumiewać. To już nie trzeba szukać w książkach o życiu codziennym w średniowieczu, czy w internecie, tu wystarczy trochę pomyśleć.


A gdy  jego  towarzysze  zatrzymują  się  gwałtownie,  odwraca  się  ku  nim,  sam  również  przystając.  –  No  co?
–  Byłby  w twoim  wieku,  Mistrzu  –  wypowiada  myśl  wszystkich  starszy  wartownik,  którego  twarz  przecina  głęboka  bruzda.
Czy… czy to może być prawda? Czy wy też zaczynacie dopuszczać do siebie tę bluźnierczą myśl, że Severo naprawdę… że… że on…
Pssst, Vahu! Wypowiadasz tę bluźnierczą myśl przynajmniej o 500 stron za wcześnie!


–  I co  z tego,  Xanie?
–  To,  że  służylibyśmy  pod  samym  Cesarzem  Fenian!  –  wykrzykuje  z entuzjazmem  Hafran.
Hmmm… A zatem Cesarstwo musi być dość świeżym tworem na tych ziemiach, skoro Gerhard, Pierwszy Cesarz, Zjednoczyciel Fenian, zginął raptem kilkanaście lat temu i to jako młody człowiek. Historia pokazuje nam, że takie świeżo utworzone imperia zwykle rozpadają się po śmierci założyciela (państwo Aleksandra Wielkiego np.). Tu dodatkowo mamy taką sytuację, że zjednoczenie Fenian odbyło się poprzez odpowiednio zaaranżowane małżeństwo cesarza, więc tym bardziej, skoro zabrakło tego czynnika, to nic nie trzymało władców pozostałych krain przy uzurpatorce, cesarzowej Mitylenie.


–  Jasne.  Tylko  że  jest  drobny  szkopuł,  nieuki.  Gerhard  był  Feneryjczykiem.  Lecz  niezwyczajnym.  Prócz  typowych  dla  tej  rasy  cech  wyróżniały  go,  jak  i wszystkich  pierworodnych  Arwernów,  białe  jak  śnieg  włosy.  Nie  słyszałem  zaś  nigdy  o białowłosym  Związkowcu,  a jestem  członkiem  Świętej  Organizacji  już  od  wielu  lat.
Jednocześnie żyjesz w świecie pełnym magii, gdzie nawet szesnastolatka świeżo po akademii potrafi zmieniać wygląd różnych rzeczy. Tak tylko mówię.
Kto wie, może podczas jednej z wypraw na dwór królewski a egzotyczny ktoś zademonstruje Sevciowi taki wynalazek, jak farba do włosów. Albo zainteresuje ideą obcinania na zero.


(...) Jeśli  jednak  chcecie,  zawsze  możecie  do  mnie  mówić  „Wasza  Cesarska  Mość”  i oddawać  należyte  honory.
–  Masz  to  zagwarantowane,  nasz  Władco!  –  Towarzystwo  wybucha  śmiechem,  a Mistrz  Walk  w doskonałym  nastroju  podąża  ku  schodom  prowadzącym  do  wyjścia.


Foreshadowing subtelny jak…
giphy.gif
https://media.giphy.com/media/11rogUDDkBgcpO/giphy.gif
Czarne włosy, jak miło. Z daleka wygląda jak Sevcio.


***


Jestem  Arienne  z Ravillonu!  Milady  Potężnego  Mistrza  Walk!  I wstyd  mi  nie  przystoi!


Taida przygotowuje Arienne do spotkania z Severem, strojąc ją i udzielając dobrych rad:


(...)


–  Spójrz  tylko  na  mnie.  Czy  ja  wyglądam  na  nieszczęśliwą?  Otóż  powiem  ci,  jeśli  jeszcze  nie  zauważyłaś  –  tutaj  ścisza  głos  do  szeptu  –  Tessi  to  cały  mój  świat.  Moja  woda  i powietrze.  I jedyne,  o czym  tu  marzę,  to  aby  móc  z nim  być  przez  cały  czas.  Więc  jeśli  się  postarasz,  ciebie  też  może  spotkać  takie  szczęście.
GŁUPIA KROWO BEZ WYOBRAŹNI, mówisz to do dziewczyny, która poprzedniego wieczoru została zgwałcona na oczach wszystkich mieszkańców zamku, w taki sposób przeżywając swój pierwszy raz, a teraz jest zmuszona “poślubić” gwałciciela...
FUCK YOU FUCKIN MORON


*oddycha w torebkę*


Dobra, uspokoiłam się…


Serio, nawet opis gwałtu mnie tak nie wkurwił, jak scena z tą tępą dzidą udzielającą swoich dobrych rad!


Gdy  dochodzimy  do  drzwi,  na  których  wyrzeźbiony  jest  królewski  drapieżnik,  przystaję  i kieruję  na  Taidę  błagalne  spojrzenie.
–  Ale  ja  nie  chcę…  –  Zdenerwowana  bardziej  niż  na  przesłuchaniu,  uświadamiam  sobie,  że  nie  pamiętam  żadnej  z „dobrych  rad”,  których  wysłuchiwałam  przez  cały  dzień.  –  Ja  nie  wiem,  co  mam  robić…
–  Nie  martw  się.  Najpierw  powitaj  go,  zgodnie  z obowiązkiem  Milady,  a potem  samo  wyjdzie.
“Jakoś to będzie” – uniwersalna zasada, która zawsze działa :)


Dostajemy opis komnaty Severa, w której wciąż panuje nieziemski burdel po tym, jak Eston z Grittonem ją złupili. Znaczy, minęły dwie doby, a słudzy Severa palcem nie kiwnęli, żeby doprowadzić komnatę swego pana do porządku…
No ale przecież ustaliliśmy, że pojawili się ksiopku dopiero wtedy, gdy byli naprawdę potrzebni, czyli w momencie kiedy ich pan wziął sobie milady. To daje im tylko jedną dobę, którą zużyli na przygotowanie apartamentu Arienne!
Może to taki system motywacyjny. Dopóki się nie ustatkujesz i nie weźmiesz sobie jakiejś kobity (albo chłopaka, pamiętajmy o Moru), służba ci nie przysługuje!


Po lewej stronie od wejścia znajduje się olbrzymi kominek, ozdobiony płaskorzeźbami przedstawiającymi króla zwierząt w różnych sceneriach i sytuacjach: przyczajony lew, lew chwytający ofiarę, rozszarpujący ją, leżący w majestatycznej pozie, bawiący się na plecach niczym kociak (mam nadzieję, że pozostałe miszcze też mają takie urocze obrazki na ścianie - kota z kłębkiem wełny, skorpiona rozkosznie tarzającego się w piasku… Hybrydę Związku liczącą własne odnóża). Wysokie  płomienie  roznieconego  niedawno  ognia  rozświetlają  pomieszczenie  nienaturalnym,  szkarłatnym  światłem  i,  co  ciekawe,  zdają  się  zupełnie  go  nie  ogrzewać.  Nad  paleniskiem  suszą  się  bukiety  ziół,  których  zapach  unosi  się  silnym  aromatem  w powietrzu.  
Po co mu to? Podbiera fuchy Mistrzowi Zielarstwa?
Może dlatego, że Mistrzem Zielarstwa jest Harold, który dostał na uczcie potężne bęcki. To całkiem racjonalne ze strony Sevcia, że sam zaczął suszyć ziółka.
I co, tak zaraz po uczcie poleciał je zbierać?
Ravillon jest tak zawilgocony, że pewnie wracając do swoich komnat Sevcio po prostu pozbierał to co rosło na ścianach. To jedyne wyjaśnienie. Bo przecież Gritton demolujący pokoje naszego mistrza nie przepuściłby suszącym sie ziółkom, prawda?
Fakt. Zwłaszcza, że wyro mu nieźle skotłował:


Dalej  na  niewielkim  podwyższeniu  stoi  potężne  łoże,  a odsłonięte  i częściowo  pozrywane  czerwono-złote  story  baldachimu  ukazują  dziwnie  niepasujące  do  ich  królewskiego  przepychu  wnętrze  alkowy.  Poduszki  zostały  ogołocone  z poszewek,  nie  ma  też  kołder,  prześcieradeł  ani  narzut.  Jedyne  okrycie  stanowią  zwykłe  skóry  zwierząt  i strojny  płaszcz,  który  wczorajszego  wieczora  miał  na  sobie  Anturyjczyk.
W Ravillonie nawet Mistrzom jest zimno; Gritton nie mógł przepuścić okazji do zdobycia dodatkowej kołdry.   


Bla, bla, pod ścianami leżą w kupach pozrzucane z półek książki i zwoje, a także różnorodna broń...


(...) Cały  blat  stołu  zawalony  jest  stertami  papierów  i potężnymi  woluminami.  Rozstawione  między  nimi  srebrne  kandelabry,  świeczniki  i kaganki  oświetlają  miejsce  pracy,  nad  którym  właśnie  pochyla  się  Mistrz  Walk.  Siedzi  na  wysokim,  drewnianym  krześle  wyłożonym  karminowo-złotym  aksamitem  i wpisuje  dane  do  jednego  z opasłych  tomów.  
Wpisuje dane. Czy wy też widzicie jak biedny Severo w przepoconej koszuli kuli się przed biurkiem w ciasnym boksie i mrużąc oczy wpatruje się w ekran komputera?
Aż słyszę furkot arkuszy w Excelu. Nad boksem portret Wilbura z napisem “kochaj szefa swego, możesz mieć gorszego”.  
Sevcio – człowiek orkiestra. Jest Mistrzem Walk, włada magią, suszy ziółka, prowadzi księgi, krawaty wiąże i przerywa ciąże.


Tuż  przy  jego  prawym  boku  stoi  wsparty  o krawędź  biurka  niezwykły  miecz.  Z całą  pewnością,  gdyby  go  postawić  na  czubku  i trzymać  pionowo  w stosunku  do  podłoża,  byłby  sporo  wyższy  od  przeciętego  człowieka.
A gdyby go położyć na płask, byłby sporo dłuższy od przeciętnej glizdy.


Sorry, ale już nie mogę z tym podkreślaniem, że wszystko, co należy do Sevcia, jest największe na świecie.


(...)
Niezbyt  zainteresowana  mało  skomplikowanym  otoczeniem  –  w którym  panuje  taki  bałagan,  jak  w domku  myśliwskim  mego  ojca,  do  którego  matka  ani służba nigdy  nie  zaglądała  –  przenoszę  wzrok  na  Severa  i jedyna  rada  Taidy,  jaka  przychodzi  mi  do  głowy,  to  aby  spojrzeć  na  niego  inaczej  niż  wyłącznie  przez  pryzmat  wydarzeń  poprzedniego  dnia.  Jak  ona  to  określiła?  Jak  na  swojego  wybawcę.  Bo  to  przecież  dzięki  niemu,  argumentowała  młoda  Milady,  nie  trafiłam  w ręce  pijaczyny  Womara,  zakompleksionego  Grittona,  okrutnego  Tarlena  czy  też  bawidamka  Harolda.  
Zwłaszcza “bawidamek” jest tu fatalną perspektywą. Znaczy – my wiemy, że tak, ale używanie tego określenia wobec faceta, który notorycznie wysyła swoje kochanki na śmierć…


Powinnam  być  mu  wdzięczna  za  ratunek.  Poza  tym  spotkał  mnie  przecież  nie  lada  zaszczyt,  gdyż  jestem  jego  pierwszą  Milady.  Do  tej  pory  nie  był  zainteresowany  trwalszym  związkiem,  więc  powinnam  się  czuć  wyróżniona  i wybrana.  A już  przede  wszystkim  szczęśliwa,  gdyż  Los  rzucił  mnie  w ramiona  najprzystojniejszego  i najzamożniejszego  z Mistrzów.
Ciekawa jestem, czy Taida jest tak durna i pozbawiona empatii sama z siebie, czy po prostu w Ravillonie skutecznie wyprano jej mózg.


Sevcio odrywa się wreszcie od dokumentów, wpierw krytykuje strój Arienne, w którym wygląda ona jego zdaniem zbyt wulgarnie, po czym stwierdza, że muszą sobie jeszcze parę rzeczy wyjaśnić.


Wiedzie  swą  Milady  do  kominka,  przed  którym  stoi  ustawiona  prostopadle,  wyłożona  obrusem  i zastawą  skrzynia.  Kilka  srebrnych,  przykrytych  półmisków  leży  na  ziemi  obok.  Zamiast  krzeseł  wystarczyć  muszą  rzucone  bezpośrednio  na  posadzkę  poduszki.
Ukradli mu wszystkie cenne rzeczy, ale srebrną zastawę zostawili?
Tak się obłowili złota i antyków, że po takie grosze nie chciało im się nawet schylać. Chociaż Gritton nie musi się schylać, BO JEST TAKI NISKI.


Btw, chwilę wcześniej dostaliśmy widziany z perspektywy Arienne dokładny opis kominka –  rzeźb, płomieni, suszących się ziółek. Mam rozumieć, że nie zauważyła stojącego przed nim improwizowanego stołu?
Drogie autorki, może by tak jedna przynajmniej czytała to, co napisała druga?


(...) Pewnie  zauważył,  że  nie  powitałam  go  zgodnie  z powinnością  Milady  –  zawołaniem,  w którym  oddaje  się  chwałę  Związkowi  i jego  Mistrzom,  oraz  pocałunkiem  w dłoń.  I tak  nie  miałam  zamiaru  dotykać  ustami  ręki  mężczyzny,  gdyż  zwyczaj  ten  uważam  za  niegodny.
Aha, akurat będziesz miała wyjście.


(...)
W ogóle  to  pełen  sprzeczności  jest  ten  mój  Mistrz  –  stwierdzam,  gdy  podaje  mi  dłoń.  Z jednej  strony  rzuca  wulgaryzmami,  co  słyszałam  już  na  uczcie  lub  nawet  przed  chwilą.  Nawet  ubogi  wystrój  jego  pokoju  czy  sposób  podania  kolacji  –  na  kufrze!  –  świadczą  o pewnej  prostocie.  
Albo o tym, że stół i krzesła też mu zajumali ;)
Kufer taki prostopadły, srebrna zastawa taka prosta.


Z drugiej  strony  –  potrafi  dworskim  gestem  prowadzić  mnie  niczym  damę  z wyższych  sfer  do  najbardziej  wytwornie  zastawionego  stołu.  I czego  może  oczekiwać  ode  mnie  taka  mieszanka  skrajnych  cech?
Żebyś sobie czasem zaklęła jak prawdziwa lady?


(...)


–  Nie  wiem,  co  lubisz.  Dlatego  zdałem  się  tym  razem  na  własny  gust  i smak.  –  Odsłania  talerze  pełne  pieczonej  dziczyzny  podanej  w gęstym  sosie  oraz  zapiekanych  ziemniaków  i warzyw.  –  Typowa  męska  strawa  –  śmieje  się.  –  Chyba  za  bardzo  przywykłem  do  spędzania  wieczorów  w Ravillonie  na  kolacjach  z innymi  Mistrzami  niż  sam  na  sam  z kobietą.  Następnym  razem  każę  przyrządzić  twoją  ulubioną  potrawę.  Choć  może  sam  zgadnę,  co  nią  jest.  –  Sięga  po  ostatni  z półmisków,  a gdy  unosi  chroniący  go  klosz,  okazuje  się,  że  krył  się  pod  nim  deser.  Rozmaite  owoce  leśne  w polewie  ze  słodkiej  śmietany.  –  Nie  znam  Tahitanki,  która  by  wzgardziła  tym  daniem.  –  Choć  jego  usta  uśmiechają  się  szeroko  do  kobiety,  czarne  źrenice  zdają  się  przewiercać  ją  na  wylot.


To  niemożliwe!  Nie  może  wiedzieć,  kim  jestem!  –  myślę  rozpaczliwie.  Nie  ma  ku  temu  żadnych  podstaw!  Gdyby  kiedykolwiek  pojawił  się  na  mym  dworze,  na  pewno  zapamiętałabym  jego  osobę.  Jest  tak  charakterystyczny.  Nie  mógł  mnie  zatem  tam  widzieć.  Poza  tym  mój  ojciec  zadbał  o to,  aby  żaden  artysta  nie  stworzył  mojego  wizerunku,  a jeśli  jakiś  by  powstał,  natychmiast  uległby  zniszczeniu  dzięki  chroniącym  mnie  zaklęciom.  Podobnie  jest  z magią.  Każdy,  kto  chciałby  za  jej  pomocą  poznać  mój  wygląd  lub  zobaczyć,  co  akurat  czynię  i gdzie  się  znajduję,  natychmiast  natrafi  na  bariery  magiczne,  nakładane  na  mnie  od  dnia  narodzin  aż  po  mój  wyjazd.  Żaden  artefakt  magiczny  nie  pokaże  więc  twarzy  dziedziczki  tronu  Północy.  
Dziedziczki tronu Północy, fiu fiu fiu...


Ponadto  przez  ostatnie  pół  roku  przebywałam  w Salmansarze,  gdzie  zdążyłam  wdrożyć  się  w rolę  czarodziejki.  Musi  więc  zgadywać.  Ale  do  czego  dąży?
Spokojnie, dziewczę drogie, nie gorączkuj się tak, na razie odgadł tylko krainę, z której pochodzisz (królestwo Tahitanii). Zwłaszcza, że masz bardzo charakterystyczny dla niej wygląd – w innym miejscu, sporo później, Severo mówi tak: “Od razu wiedziałem, że stamtąd jesteś. Gdy tylko cię ujrzałem. Twoja skóra jest biała jak tahitański śnieg. Żadna niewiasta na Kontynencie nie może się nią poszczycić, prócz mieszkanek Krainy Wiecznej Zimy.“


Od tej pory zaczyna się nazywanie Arienne Tahitanką, co mnie za każdym razem rozwala, biorąc pod uwagę jej podkreślaną na każdym kroku alabastrową białość skóry. No przeca główna bohaterka i największa piękność uniwersum nie może wyglądać jakoś tak:
http://www.newsweek.pl/g/i.aspx/1200/0/newsweek/635589360116616548.jpg


W sumie przy całym tym pieprzeniu o magicznych zabezpieczeniach trochę mnie śmieszy, że nikt nie pomyślał by choć trochę zmienić jej jakże charakterystyczny wygląd.
Otóż to. Nie będę spoilerować, ale za jakiś czas dowiemy się, że wymienione wcześniej magiczne zabezpieczenia miały sporą dziurę.
Wszystko w tej książce ma sporą dziurę, przez którą ucieka cały sens i logika.
Gdyby ta książka była durszlakiem, to miałaby tylko uchwyt.


Wiem  jedno:  nie  mogę  pokazywać  po  sobie  zdenerwowania,  aby  nie  wzbudzać  zbyt  wielu  podejrzeń.  Nie  spuszczając  wzroku  z jego  oczu,  mówię  więc  w swym  ojczystym  języku:
No tak, bo przecież skoro on podejrzewa, że jestem Tahitanką, a ja nie chcę ujawnić swej tożsamości, to najłatwiej będzie ją ukryć, mówiąc w moim ojczystym języku.


–  Te  owoce  praktycznie  nie  występują  już  o tej  porze  roku.  Tym  bardziej  mi  schlebia,  że  dołożyłeś  starań,  abym  mogła  ich  dziś  skosztować.  Dziękuję,  Mistrzu.  –  Mówiąc  to,  sięgam  po  nieoblaną  sosem  malinę.  –  Musisz  jednak  wiedzieć,  że  wolę  je  w czystej  postaci  niż  ze  śmietaną.  –  Smakuję  owocu  i z żalem  patrzę  na  resztę  przysmaku  na  srebrnej  tacy.  Już  teraz  najchętniej  wzięłabym  go  do  swej  komnaty,  żeby  w ciszy  i spokoju,  bez  czujnych,  czarnych  oczu  śledzących  każdy  mój  ruch,  podelektować  się  specjałem  tak  bardzo  przypominającym  mi  o ukochanym  domu.
Dobrze wiedzieć, że dziedziczka tronu Północy, wychowana w Krainie Wiecznej Zimy, zajadała się tam malinami ze śmietaną.
ALE MAGIA. To pewnie była magiczna śmietana z magicznymi malinami.
Albo moroszka ze śmietaną z mleka renifera.


Severo domyśla się, że z przybyciem Arienne do Ravillonu wiąże się jakaś tajemnica; oświadcza jednak, że nie będzie w to wnikał.


(...) Jednak  musisz  być  bardziej  ostrożna.  Nad  ranem  użyłaś  swej  mocy,  by  skontaktować  się  z kimś  spoza  Ravillonu,  z kimś  obdarzonym  magiczną  mocą  i przebywającym  akurat  w Esterwaldzie.  Tym  samym  naraziłaś  siebie  i tę  osobę  na  wielkie  niebezpieczeństwo.  Trafiając  na  naszą  wyspę,  trzeba  wyzbyć  się  przeszłości,  zapomnieć  o rodzinie  i przyjaciołach,  których  się  zostawiło  na  Kontynencie,  jeśli  miało  się  szczęście  ich  mieć.  Tu  trzeba  hołdować  jednej  podstawowej  zasadzie,  o której  zawsze  mówię  moim  uczniom.  Ograniczone  zaufanie,  a najlepiej  po  prostu…  brak  wiary  w kogokolwiek.  W Czarnej  Twierdzy  ściany  mają  oczy  i uszy.  Nikt  nie  stanie  po  twojej  stronie,  jeśli  znajdziesz  się  w tarapatach,  czego  zresztą  wczoraj  doświadczyłaś.  Dlatego,  choćbyś  nie  wiem  jak  tęskniła,  cierpiała,  rozpaczała  czy  potrzebowała  wsparcia,  nigdy  już  nie  szukaj  pomocy  u kogoś  spoza  Związku.  To  zakazane  i surowo  karane.  
Aha. A przecież Caris utrzymywała kontakt z Tamirą.
A Nie-Szukaj-Pomocy-U-Kogoś-Spoza-Związku-Sevcio zaraz będzie sprawdzał godziny połączeń teleporterów, żeby pojechać pożyczyć hajs od koronowanego kumpla. Co wolno wcaleniecesarzowi…


Możesz  z tym  przyjść  jedynie  do  mnie.  Bo  nie  chcesz  przecież  narażać  bliskich,  prawda?  Postaram  się  jakoś  zatuszować  tę  sprawę,  choć  ukrycie  naruszeń  w magicznych  barierach  Ravillonu  będzie  trudnym  zadaniem.  Mam  nadzieję,  że  Ven  coś  wymyśli,  by  nie  doszło  to  do  Wilbura.
Hm… Tamira, doświadczona czarodziejka, nie wiedziała o tym, że Ravillon ma magiczne bariery? To raz, a dwa – co to za bariery właściwie, które wcale nie blokują kontaktu, a jedynie alarmują, że ktoś je naruszył?
Od biedy można by tego bronić, ze specjalnie tak to działa, żeby wykrywać próby kontaktów i demaskować szpiegów. Ale nie podejrzewam tego ksiopka o taki pomysł.
Trzy – Arienne podjęła tę próbę kontaktu dobę wcześniej, a Severo dopiero teraz zamierza “postarać się to jakoś zatuszować”?
(widzę tu kolejną rzecz wymyśloną dokładnie w tym momencie, w którym została opisana)


Ogarnia  mnie  zdumienie,  gdy  słyszę  tak  poprawnie  wygłoszoną  wypowiedź  w moim  ojczystym  języku,  który  przecież  nie  jest  uważany  za  prosty  do  opanowania.  Zresztą  mało  kto  zadaje  sobie  trud  zaznajomienia  się  z mową  tak  niewielkiego  i mało  zaludnionego  kraju.  Osobliwe.  A zarazem  godne  uznania!
Niewielkie i słabo zaludnione. Dziwnie to wygląda przy dumnym “dziedziczka tronu północy”.
Im mniejsze państewko, tym większa tytułomania.


Mój  początkowy  podziw  szybko  ustępuje  niepokojowi.  Tamira  musiała  nie  wiedzieć  o magicznych  osłonach  zamku,  skoro  sama  wskazała  zaklęcie  zapewniające  kontakt  z nią.  
A ja się zastanawiam: idiotka, czy zdrajczyni? Bo równie dobrze może być tak, że celowo wystawiła Arienne...


Jestem  zdruzgotana,  gdyż  nagle  zostałam  całkowicie  odcięta  od  reszty  świata.  Czy  więc  w ogóle  do  niego  kiedyś  powrócę?
Tak, kiedy autorkom znowu zmieni się koncepcja.
Mam wrażenie, że to jedno wielkie koło fortuny. Autorki kręcą i *błysk błysk* Arienne szuka księgi, *błysk błysk* nagle Arienne jest najpiękniejsza w Ravillonie i wszyscy na nią lecą…


(...) –  Masz  wiele  szczęścia.  Trafiłaś  pod  opiekę  Mistrza,  który  w przeciwieństwie  do  większości  pozostałych  nie  ma  za  wiele  czasu.  A więc  na  zadowalanie  mnie  pozostaną  ci  jedynie  noce,  gdyż  za  dnia  jestem  z reguły  pochłonięty  swymi  obowiązkami.  –  Odkrawa  kawałek  soczystej  polędwicy  z dzika  i wkładając  widelec  do  ust,  z trudem  tłumi  śmiech.
A ja  czuję,  jak  rumieniec  na  mej  twarzy  się  pogłębia.  Severo  ewidentnie  dobrze  się  bawi  moim  kosztem.  
Hihi, nie ma to jak się dobrze bawić kosztem nastolatki, którą się dzień wcześniej zgwałciło.
Cja. Wicehrabia de Valmont też pisał do markizy de Metreuil, że “uwielbia obserwować te ich minki następnego dnia”. (A świetnie się bawił obserwując minę Cecylii de Volanges, którą w nocy zgwałcił, następnego dnia przy wspólnym śniadaniu z jej matką i domownikami.)


Arienne próbuje się dowiedzieć, jakie są gusty i upodobania Severa.


(...)
Mężczyzna  krztusi  się  jedzeniem.  Wyciera  twarz  serwetą,  lecz  czyni  to  wyłącznie  po  to,  by  ukryć  śmiech.
–  Ile  naprawdę  masz  lat,  Arienne?  O ile  w ogóle  tak  masz  na  imię?  –  pyta  wciąż  wyraźnie  rozbawiony.  –  W twoich  aktach  i dokumentach  z Salmansaru  zapisano,  że  dwadzieścia.  Ale  to  żałosne  kłamstwo.  Możesz  mieć  jakieś…  –  mruży  oczy  i zawadiacko  przekrzywia  głowę  –  piętnaście,  szesnaście.  Nie  więcej.  Naprawdę  nic  nie  wiesz  o mężczyznach  i ich  potrzebach.  Jeśli  Taida  szkoliła  cię  dziś  z tego,  by  pytać  mnie  o podobne  bzdury,  jak  ulubiony  kolor  czy  umiłowane  sztuki,  to  zwątpię  i w jej  wiedzę  na  temat  relacji  damsko-męskich.
Oburzona  powstaję  gwałtownie,  marszczę  brwi  i z gniewem  w głosie,  nad  którym  już  nie  potrafię  zapanować,  wyrzucam  z siebie:
–  A czego  się  spodziewałeś,  że  nauczy  mnie  w jeden  dzień?  Jak  okazywać  czułość  mężczyźnie,  który  gwałtem,  na  oczach  setek  ludzi,  odebrał  mi  niewinność?!  Owszem,  może  i nic  nie  wiedziałam  do  tamtej  pory  na  temat  relacji  damsko-męskich,  ale  po  wczorajszym  dniu  jednego  mnie  nauczyłeś  na  pewno:  relacje  te  są  nierówne,  krzywdzące  i bolesne!  I na  razie  nie  odczuwam  chęci  dalszego  zgłębiania  tego  zagadnienia!
Ta scena byłaby naprawdę piękna, gdyby skończyła się tym, że Arienne chwyta za nożyk do owoców i wbija go Sevciovi w gardło. Ach, marzenia…


(...) –  Masz  rację  z tymi  relacjami.  To  jest  świat  mężczyzn.  Tak  było  i jest.  Tu  rządzi  męska  ręka,  siła  i miecz.  I dotyczy  to  nie  jedynie  Ravillonu,  ale  całego  Kontynentu.
Tego kontynentu, którym rządzi cesarz będący pod silnym wpływem matki?
Babki. Ale tu bym się nie czepiała – to, że u władzy jest kobieta, niekoniecznie musi się przekładać na zmianę obyczajów i sytuacji kobiet w państwie. W naszym świecie też się zdarzały kobiety rządzące bardzo patriarchalnymi społeczeństwami, np. cesarzowa Cixi.
Wiem, ale i tak trochę mnie to śmieszy, że teoretycznie najważniejszy facet w tym męskim świecie słucha się kobity.
Mężczyzna zawsze musi mieć ostatnie słowo! W tym przypadku: “tak, babciu!”.


Jeśli  myślałaś  do  tej  pory,  że  jest  inaczej,  panuje  powszechna  równość  i szacunek  płci,  wyznań  czy  ras,  to  ten,  kto  cię  wychowywał,  bardzo  cię  skrzywdził.  
Takie są skutki lewackiego wychowania, pfuj!
Ja zaś, dokonale świadomy tych nierówności, zamierzam wykorzystać każdą jedną na swoją korzyść - no, jak nie ja, to ktoś inny i brzydszy ode mnie, więc nie wiem, o co te fochy.


Najpierw  każąc  ci  żyć  w niewiedzy,  pod  kloszem  niejako,  a potem  skazując  na  wygnanie,  byś  opuściwszy  słodkie  schronienie,  trafiła  w sam  środek  tego  gówna.  Jeśli  kiedykolwiek  marzyłaś  o rycerzu,  który  zostanie  ci  zaślubiony  i posiądzie  z miłości  od  pierwszego  wejrzenia,  to  wiedz,  że  takowych  nie  ma.  To  bajki  dla  dziewczynek,  a ty  właśnie  stałaś  się  kobietą. I jam ci, nie chwaląc się, to uczynił! Dlatego  wyrzuć  ze  swych  myśli  podobne  brednie,  akceptując  rzeczywistość.  A co  do  wczoraj:  jeśli  już  naprawdę  musimy  o tym  rozmawiać  i to  drążyć…  –  Odsuwa  się  od  drzwi  i odchodzi  w stronę  kominka,  po  czym  przysiada  na  brzegu  skrzyni  stanowiącej  stół  i wznosi  ku  Arienne  zmęczone  spojrzenie.  –  Jeśli  nie  ja,  zrobiłby  to  inny  z Mistrzów.
Nie. Mogłeś ją odesłać do komnat, co ustaliliśmy w poprzednim odcinku.
Zwłaszcza, że żaden inny z Mistrzów podobno nie może tknąć tej, która już została naznaczona. A naznaczenie odbywa się po prostu przez pocałunek w szyję.


Nie  miałem  wyjścia.  Chciałem  cię.  Nadal  chcę.  –  Rozkłada  bezradnie  ręce,  a delikatny  uśmiech  przemyka  przez  jego  oblicze.  –  Mogłaś  być  moja  lub  ich.  Jak  mogłem  się  wahać?
Łaskawca.


Nagle  zdaję  sobie  sprawę,  że  Taida  się  nie  myliła.  Miałam  szczęście,  że  to  on  wygrał  walkę,  bo  czyż  na  przykład  taki  Tarlen  rozmawiałby  ze  mną  teraz  w podobny  sposób?  A on  odstąpił  i czeka  na  mój  ruch.  Słucha  tego,  co  mam  do  powiedzenia.
Przydałoby się jeszcze, żeby brał to pod uwagę...


Zamykam  więc  delikatnie  drzwi  i mówię  już  nieco  spokojniejszym  tonem:
–  Jesteś  w błędzie  co  do  moich  opiekunów.  Żaden  z nich  nie  wie,  gdzie  jestem,  i nigdy  nie  wyraziłby  zgody  na  mój  pobyt  w takim  miejscu  jak  to.  
Znaczy: uciekłam z domu, nikt nie wie, gdzie jestem, nikt się o mnie nie upomni, nikt nie zemści za moją krzywdę. Bardzo rozsądnie, droga Arienne.


(...)


–  Musisz  pohamować  swą  magię,  zwłaszcza  w stosunku  do  Mistrzów.  –  Mężczyzna  splata  dłonie  na  piersi.  –  Atak  na  nas  jest  karany  śmiercią. (Małym druczkiem: nie dotyczy innych Miszczów i ich pomagierów.) To  kolejna  zasada,  którą  musisz  zaakceptować,  jeśli  nie  chcesz  sprowadzić  na  siebie,  ale  i na  mnie,  kłopotów.  Dobrze  się  więc  stało,  że  twoja  moc  zawiodła.  Byłoby  stokroć  gorzej,  gdybyś  użyła  przeciw  mnie  skutecznego  czaru.  Nie  mógłbym  wówczas  cię  naznaczyć,  a ty  byłabyś  już  dawno  w Podziemiach.
A co z dematerializacją? Przenikaniem przez ściany?


 –  Powstaje  z kufra.  –  Zanim  cię  wypuszczę,  jeśli  naprawdę  nie  masz  dziś  ochoty  jeść  ze  mną  kolacji,  powiem  ci  o moim  ostatnim  wymaganiu  względem  ciebie.  –  Przystaje  przed  swą  Milady  i dłonią  unosi  jej  brodę,  by  móc  patrzeć  prosto  w jej  oczy.  –  Żadnych  kontaktów  z mężczyznami,  o których  nie  wiem.  Masz  unikać  zwłaszcza  innych  Mistrzów.  
Jak wiemy, Arienne ma w zamku odnaleźć jakąś Księgę. Ten zakaz kontaktów chyba jej to mocno utrudni…


Severo łaskawie zezwala na kontakty Arienne z jego przyjaciółmi (Tessi, Gavin, Ven, Moru), natomiast stanowczo zapowiada, żeby trzymała się z daleka od Harolda. Oficer Akin od tej pory ma być osobistą strażą Arienne.


Gdy  Arienne  jest  już  na  progu,  dolatuje  ją  jego  rozbawiony  głos:
–  Kolor:  błękitny,  jak  twoje  oczy  lub  suknia  na  uczcie.  Ze  sztuk:  muzyka  i śpiew.
Bardzo to konkretne. Severo to pewnie taki typ, który na pytanie co lubi czytać odpowiada “dobrą książkę”.


Muzyka?  Nie  spodziewałabym  się  tego.  Zwłaszcza  po  tym,  jak  z pogardą  odniósł  się  do  barda  na  placu  ćwiczeń.
A nie przyjdzie ci do głowy, że na placu ćwiczeń oceniał go pod całkiem innym kątem?


(...) Mistrz  naprawdę  zaintrygował  mnie  znajomością  mego  pochodzenia.  Oczywiście  nie  może  tego  wiedzieć  z salmansarskich  dokumentów,  gdyż  te  zawierają  praktycznie  same  wymyślone  przez  Tamirę  informacje.  A swoją  drogą:  ciekawe,  w jaki  sposób  tak  szybko  dotarł  do  tych  akt?  
Eee… no podobno przywiozła je ze sobą?
“Tymczasem czarnowłosy, nim zasiada za przysługującym mu biurkiem w wielkiej, bibliotecznej sali przeznaczonej do administracyjnej pracy Mistrzów, każe sobie przynieść akta przyjętych wczorajszego dnia adeptów. Od razu odrzuca wszystkie zwoje, które wziął jedynie dla niepoznaki, i sięga po ten jeden, najbardziej go interesujący.” – s. 47.
Cóż, widać autorka pisząca Arienne nie bardzo przywiązuje wagę do tego, co pisze koleżanka.
Dobra, może chodzić o jakieś dokumenty, które przywiozła ze sobą lub po prostu zapiski Argusa z egzaminu. Tak czy inaczej, jej fałszywa tożsamość zapisana w tych aktach nie była żadną tajemnicą.


Musi  dysponować  bardzo  sprawnie  działającą  siatką  szpiegów.  I ludźmi,  którzy  są  w stanie  zrobić  dla  niego  wszystko  –  chociażby  zdobyć  owoce,  które  przecież  są  już  praktycznie  niedostępne  o tej  porze  roku.
Och, pewnie przywożą je z południowych krain superszybkimi wielbłądami. Czy cuś.
Jeżu, Arienne. Rusz głową. Przywiozłaś swoje akta. Wzbudziłaś jego zainteresowanie, zostałaś jego milady, to oczywiste, że miał dostęp do papierów. Siatka szpiegów, pfff.  
Sevcio ma szpiegów z siatką, w której sprawnie przynoszą maliny z lokalnego spożywczaka.


Pyszne!  Biorę  do  ust  kolejną  jeżynę,  siedząc  już  wygodnie  w fotelu  przed  kominkiem  w mojej  komnacie,  i rozmyślam  dalej  o moim  Mistrzu.  Najbardziej  zaskakującym  odkryciem  dla  mnie  jest  to,  że  naprawdę  spodziewałam  się,  że  będę  się  go  dużo  bardziej  bać.  Tymczasem  jego  swobodny  sposób  bycia  –  momentami  zbyt  prostackie  i kpiarskie  zachowanie  –  sprawiło,  że  w oprawcy  z poprzedniego  wieczora  zobaczyłam  zwykłego  człowieka  ze  swoimi  wadami.
Spoko; szybko się pozbierała po gwałcie.
“Małe” kontrowersje już były, teraz czas na miłoźdź!


Znaczy, nie mówię, że to jest absolutnie niemożliwe. Z pewnością istnieją kobiety, które są w stanie szybko się otrząsnąć i żyć dalej jakby nigdy nic, ale po pierwsze, to raczej mniejszość, a po drugie, tu mamy wrażliwą, wstydliwą szesnastolatkę, dla której do tej pory nawet nałożenie wydekoltowanej sukni czy odsłonięcie nóg było upokorzeniem. A teraz musi na co dzień żyć ze świadomością, że cały zamek widział jej hańbę; każda napotkana osoba będzie na nią patrzeć przez pryzmat tego, co się działo na uczcie. Tymczasem...


Ale  i zaletami.  Bo  oczywiście  nie  można  mu  odmówić  sprytu  i inteligencji.  Wiedząc,  skąd  pochodzę,  chciał  podstępem,  zapraszając  mnie  do  skosztowania  deseru,  sprawdzić,  czy  będę  z nim  szczera.  
W sensie, że…? Skosztowanie deseru miało być przyznaniem się do pochodzenia? W żadnej innej krainie nie jada się malin? Albo jest jakiś zakaz jedzenia nieznanych wcześniej potraw?
Może to ich narodowe danie? Jeśli tak, to autorki nie wysiliły się zbytnio.
Po mieszkańcach “Krainy Wiecznej Zimy” spodziewałabym się raczej upodobania do frykasów w rodzaju surowego foczego tłuszczu albo żołądka renifera wypełnionego na pół strawionym mchem...


I dobrze,  że  byłam,  gdyż  dzięki  temu  dowiedziałam  się  także,  że  nie  muszę  używać  fenianijskiego  w rozmowach  z nim.  Co  będzie  na  pewno  bardzo  przydatne,  ponieważ  raczej  wolałabym,  aby  inni  nie  słuchali  tego,  jak  on  się  do  mnie  odnosi.  Jeszcze  tego  by  brakowało,  aby  ktoś  usłyszał  i zrozumiał,  jak  na  przykład  beszta  mnie  za  kreację  nie  w jego  guście!
...no właśnie, tymczasem to jest jej największe zmartwienie.


(...)


***


Następnego rana Arienne zostaje zaprowadzona do gabinetu Vena. W gabinecie znajduje się globus oraz różne przyrządy astronomiczne, pod sufitem wiszą modele gwiazd i planet, okno wychodzi na dziedziniec, na którym ćwiczą uczniowie. Ven jest pedantem i estetą – wszystko ma równiutko poukładane, a książki na półkach oraz magiczne mikstury w fiolkach poustawiane kolorami.


Gdy  nowa  Milady  zmierza  w kierunku  jednego  z dwóch  krzeseł  stojących  naprzeciw  stołu,  płyty  kamiennej  posadzki,  na  które  właśnie  wchodzi,  podświetlają  zielonym  światłem  wyrytą  na  ich  płaszczyźnie  inkantację  magiczną.
https://media.sticker.market/gif/hollywoodsuite-589f03cd6894442d798cad29-g.gif


Kilka  minut  później  przez  uchylony  świetlik  wskakuje  wielki,  majestatyczny  kot.  Zgrabnie  odbija  się  łapami  od  ścian  sklepienia  oraz  wiszącej  pod  sufitem  konstelacji,  wprawiając  w ruch  poszczególne  planety,  po  czym  zwinnym  susem  ześlizguje  się  z lunety,  przeskakuje  nad  biureczkiem,  by  w końcu  z godnością  zasiąść  w olbrzymim  fotelu.  Strzepuje  z brunatnej  sierści  krople  jesiennej  mżawki,  która  siąpi  na  zewnątrz,  gestem  tym  zmieniając  jednocześnie  postać.  I już  po  chwili  smukły  czarodziej  poprawia  kręcone  włosy,  by  żaden  z zaczesanych  ku  potylicy  kosmyków  nie  wymknął  się  spod  jego  misternie  ułożonej  fryzury.
Gdzieś to już widziałam...
aa85eec3a26d5161b9a482b738ca0c3b08845acc_00.gif


(...) –  Chyba  że  sam  się  spóźniłem?  Nie  lubię  być  niepunktualny.  –  Marszczy  czoło.  –  I na  szczęście  nie  jestem  –  wypowiada  z ulgą,  sprawdziwszy  godzinę  na  złotym  zegarku  wyciągniętym  spod  poły  swego  pozbawionego  rękawów  płaszcza.
Zegarku? No niby wiem, że to nie żadne średniowiecze tylko magiczna kraina fantasy, w której mogą funkcjonować różne wynalazki, ale mimo wszystko jakoś mi zgrzyta ten zbyt współczesny gadżet.   
Tak, fantasy nie musi rygorystycznie trzymać się naszych historycznych realiów. Problem pojawia się wtedy, gdy autor wciska do swojego świata coś kompletnie z czapy, tak jak tutaj ten kieszonkowy zegarek wyciągnięty zza pazuchy. Ten element nie pasuje do zamków i rycerzy, którzą otaczają nas od początku książki. To coś, co bardziej kojarzy się z XIX-wiecznym Londynem…


sherlockholmes_4.jpg


–  Dobrze  więc.  Zaczynajmy.
Wyjmuje  z szufladki  biurka  zwój,  który  pospiesznie  przegląda.
–  No  tak.  Jak  zwykle.  Argus  nie  napisał  nic  konkretnego.  Pewnie  znów  egzaminował  z dematerializowania  się,  przechodzenia  przez  ściany  i rzucał  ognistą  kulą?  –  A widząc  zszokowaną  minę  rozmówczyni,  pospiesznie  wyjaśnia:  –  Nauczył  się  paru  zaklęć,  aby  powierzono  mu  dobrze  płatną  funkcję  Wielkiego  Egzaminatora  i od  lat  stosuje  te  same  sztuczki  i pytania  na  sprawdzianach.
Znaczy, dematerializacja, przechodzenie przez ściany i odbijanie ognistych kul to takie standardowe umiejętności magiczne, które w klątwoversum posiada każdy?  Oprócz Arienne został przecież przyjęty tylko jeden mag.
To pewnie ichni odpowiednik 30% na maturze.


Dlatego  tak  rzadko  bywam  na  posiedzeniach  Zgromadzenia  przy  przyjmowaniu  nowicjuszy.  Severo  zresztą  też.  I tak  nie  mamy  wpływu  na  jego  decyzje,  a on  przydziela  uczniów,  jak  mu  się  podoba.  Jak  w twoim  wypadku,  Arienne.  Czarodziejkę  oddawać  Mistrzowi  Siły!  Żałosne!
A więc całkiem sporo uczniów w Ravillonie musi się kształcić nie w tym, do czego mają zdolności. A jak wiemy, zmiany kierunku są niemile widziane i wymagają zgody całego Zgromadzenia. To chyba tak specjalnie, żeby Mistrzowie nie mieli za łatwo…
Wydaje mi się, że cała ta reforma i stworzenie mistrzów nowego porządku ma na celu doprowadzenie do upadku Ravillonu, ale boczną furtką, nieoficjalnie, by nie ryzykować buntu ze strony jeszcze silnego Związku.
Niech upadną z powodu własnej niekompetencji? Sprytnie.


Znów  patrzy  w dokument.
–  Odbyłaś  półroczne  nauki  w Gildii  Bogini  Przeznaczenia  w salmansarskiej  Akademii.  To  świetna  uczelnia  i wydział.  Jego  abiturienci  są  najlepszymi  wieszczami  na  Kontynencie.
Abiturient to ktoś, kto ukończył daną uczelnię, ale jeszcze nie otrzymał dyplomu – w odróżnieniu od absolwenta.
(i tak, to również nie zostało poprawione w wersji papierowej)


Chciałbym  poznać  twą  moc,  by  wiedzieć,  gdzie  mam  cię  przydzielić  i komu  powierzyć,  tak  byś  rozwijała  Sztukę  zgodnie  ze  swą  wiedzą  i jej  poziomem.  Daj  mi  pokaz  swych  umiejętności.  Najpierw  zwykła  magia,  a potem  przejdziemy  do  wróżb  i wizji.  –  Gestem  wskazuje  Arienne,  by  wstała.  –  Aha.  Widzę  tu  coś  o ogniu.  Argus  napisał,  że  go  nie  opanowałaś.  –  Podnosi  wzrok  znad  pergaminu.  –  Severo  i ja  wyczuliśmy  jednak  coś  innego.  –  Mruży  oczy.  –  Naszym  zdaniem  jesteś  w pełni  Oświecona.
Zawsze mi się zdawało, że magia i sztuki tajemne to taki temat, który można zgłębiać przez całe życie i jeszcze powiedzieć na koniec “wiem, że nic nie wiem”, a tu proszę – pół roku nauki i już pełnia Oświecenia, Próg Doskonałości, fiu fiu fiu...


(...)


Przytakuję  głową  i powstaję,  aby  przystąpić  do  zaprezentowania  swoich  umiejętności.  Najpierw  nagłym  powiewem  ciepłego  wiatru  porywam  wszystkie  kartki  z biurka.  Dokumenty  przez  chwilę  wirują  w powietrzu,  tworząc  różnego  rodzaju  wzory,  z początku  proste  okręgi,  trójkąty,  potem  coraz  bardziej  skomplikowane  figury  stosowane  przy  zapisach  magicznych.  Gdy  prąd  powietrza  ustaje,  arkusze  opadają  z powrotem  na  blat  i układają  się  w idealnym  porządku,  dokładnie  takim,  z jakiego  zostały  poderwane.
Widząc,  że  czarodziej  daje  mi  znać  głową,  abym  kontynuowała,  podchodzę  do  stoliczka  z magicznymi  płynami  i wypowiadając  słowa  zaklęcia,  sprawiam,  że  wszystkie  przedmioty  na  nim  leżące  znikają,  potem  pojawiają  się  ponownie.  Z fiolek  wypadają  korki,  a ich  zawartość  wypływa  na  stół,  a potem  rozlewa  się  na  podłogę.  Różnobarwne  mikstury  mieszają  się  szybko,  parują,  zapalają,  wybuchają,  bulgoczą.
WTEM! NAGLE! JEB!


High-Sparrow.gif


I tak Arienne zemściła się za gwałt; koniec opka.


Wzburzone  substancje  przybierają  czarny  kolor,  a gdy  dochodzę  do  wniosku,  że  to  powinno  już  wystarczyć  na  pokaz,  skinieniem  dłoni  nakazuję  mieszance  rozdzielić  się  na  swoje  pierwotne  składniki  i powrócić  na  miejsce.  
– Aaaaa, co ty narobiłaś, dziewczyno! – wrzasnął Ven łapiąc się za głowę. – Wiesz, ile tygodni zajęło mi przygotowanie tych mikstur? A ty rozdzieliłaś je z powrotem na składniki pierwsze!


Korki  domykają  zawartość  butelek  i wszystko  w pomieszczeniu  wygląda  tak,  jak  w momencie,  gdy  do  niego  wkroczyłam.
Skoro Arienne potrafi cofać reakcje chemiczne, to czy może cofnąć śmierć? Np. uratować kogoś otrutego na jej oczach?
Tylko jeśli Imperatyw jej pozwoli. Poczekajcie, a sami zobaczycie.


Mistrz  jednak  nadal  przygląda  mi  się  wyczekująco.
–  A teraz  chciałbym,  abyś  pokazała  mi  swą  prawdziwą  moc,  bo  to,  co  właśnie  uczyniłaś,  potrafią  moi  adepci  już  na  drugim  stopniu  wtajemniczenia.
Uważaj, czego sobie życzysz...
Skoro to wszystko to w sumie niewinne zabawy, muszę powtórzyć pytanie postawione w poprzednich odcinkach: jakim cudem magowie nie rządzą tym światem?


Przez  chwilę  zastanawiam  się  nad  tym,  co  chciałby  zobaczyć  Ven.  Rozglądam  się  po  pomieszczeniu  i gdy  mój  wzrok  zatrzymuje  się  na  teleskopie,  podejmuję  decyzję,  że  skoro  już  mam  zrobić  coś  wielkiego,  to  przynajmniej  sama  na  tym  skorzystam.  Przechodzę  na  środek  gabinetu,  przykucam  i na  kamiennej  podłodze  kreślę  dłonią  niewidzialne  znaki,  które  po  chwili  rozbłyskają  niebieskim  światłem.  Błękitne  promienie  wystrzeliwują  ku  sufitowi  z taką  mocą,  że  przebijają  szyby  świetlika.


c2abfb035c172d00aeb5e5378b075597ba617282_hq.gif
Podłoga  w pomieszczeniu  zaczyna  drżeć,  słychać  brzęk  uderzających  o siebie  słoików, stukot  krzeseł  i biurka.  Adepci  trenujący  w przyległej  auli  wyczuwając  dziwny  ruch  budynku,  zarzucają  ćwiczenia  i z zaciekawieniem  spoglądają  na  okno  gabinetu  Mistrza  Magii,  z którego  wyczuwalna  jest  niesamowita  energia.
I tym samym każdy kto ma trochę oleju w głowie i wie, kto przebywa u Mistrza Magii domyśla się już, że Arienne kłamała na swoim przesłuchaniu. Kolejny powód, by bacznie ją obserwować...


Nagle  strugi  światła  wzmacniają  swą  moc  i rozszerzają  spektrum,  pod  wpływem  czego  sufit  zaczyna  pękać.  Kamienne  bloki,  belki,  wzmocnienia  i w końcu  sama  dachówka  zaczynają  się  rozdzielać,  otwierając  nad  naszymi  głowami  niebo.  Zawieszone  w powietrzu  elementy  konstrukcji  tworzą  pusty  w środku  okręg.  Wszyscy  obserwujący  z zewnątrz  to  zdarzenie  widzą,  jak  szare  chmury  ustępują  porannemu  słońcu.  Jednak  rozżarzona  gwiazda  nie  stoi  w miejscu,  tylko  gnana  ciężkimi  obłokami  przemyka  przez  cały  nieboskłon  i chowa  się  za  horyzontem.  Nikt  z obserwatorów  nie  może  w to  uwierzyć.  Właśnie  byli  świadkami  tego,  jak  zniknął  dach  z części  samej  ravillońskiej  Twierdzy,  a dzień  zamienił  się  w noc!
Przestawiwszy ciała niebieskie po kątach, Arienne resztką magicznego pyłku pozostałą na paluszkach rozstąpiła wody nad R’lyeh, zamieniła je w wino i spiła nim wszystkie króliki Mayahuel. W sumie nic takiego, ale cudodziejka słusznie uznała, że jednak popisywać się przy pierwszym spotkaniu jest trochę niegrzecznie.


Dla  mnie  to  jednak  dopiero  początek. D: Patrzę  tylko  przez  chwilę  z zadowoleniem  na  swoje  dzieło.
Jaka piękna rozpierducha!


Jeszcze  nigdy  wcześniej  nie  wykorzystywałam  swej  mocy  na  taką  skalę.  Podekscytowana  zataczam  dłonią  krąg  w powietrzu,  a nieznane  mi  planety  i gwiazdy  zawieszone  pod  sufitem  gabinetu  wystrzeliwują  w górę.  
Nieznane? Jej? Nie wierzę!


Ku  memu  zaskoczeniu  jednak  zatrzymują  się,  uderzając  z trzaskiem  o magiczną  barierę  spowijającą  wyspę.  W miejscu  zderzenia  następuje  błysk.  Tego  się  nie  spodziewałam.  Niezniechęcona  palcem  kreślę  na  posadzce  kolejne  symbole,  które  sprawiają,  że  dodatkowe,  fioletowe,  promienie  podążają  w stronę  niewidzialnej  osłony  Ravillonu,  a następnie  przebijają  ją,  torując  tym  samym  drogę  gwiazdom  i planetom  ku  niebu.
Aha. Zdaje się, że jak Severo jej mówił o magicznych barierach nad Ravillonem i konsekwencjach ich naruszenia, to była tak przejęta tym, że mówi w jej języku, że w ogóle nie dotarło do niej, CO mówił.
Rodzimy język Arieśki brzmi na taki, co ma czterech użytkowników i trzydzieści dwa dialekty.
A jako arystokratka pewnie w każdym słowie umieszcza cztery przydechy.


Prostuję  się  i podchodzę  do  teleskopu,  po  czym  zaglądam  w jego  obiektyw.
–  W Salmansarze  nie  ma  tak  dokładnych  i dalekosiężnych  urządzeń.  Niebywałe!  –  dodaję,  gdy  widzę,  jak  maleńki  model  planety  z gabinetu  znika  w przestworzach,  wskazując  mi  kierunek,  w jakim  powinnam  patrzeć,  aby  dostrzec  jego  pierwowzór.  –  Nie  sądziłam  wcześniej,  że  w tamtej  części  galaktyki  mogą  być  tak  znaczącej  wielkości  ciała  niebieskie!  To  może  zupełnie  zmienić  sposób  czytania  z gwiazd  i ich  postrzegania  –  stwierdzam  z entuzjazmem,  po  czym  odwracam  się  w stronę  wciąż  siedzącego  za  biurkiem  Vena  i z lekkim  uśmiechem  pytam:  –  Mam  nadzieję,  że  będę  mogła  czasami  skorzystać  z tego  teleskopu?
– NIE! Nie stać nas na naprawę dachu co tydzień! A wiesz, ile kosztowały te modele planet?


***


–  Te  zostawiamy.  Są  w porządku.  –  Severo  podrzuca  w dłoni  krótki  miecz  i błyskawicznym  pchnięciem  tnie  powietrze.  –  Wyważone  i niezardzewiałe  jak  tamte.  –  Gestem  głowy  wskazuje  na  leżącą  w pobliżu  stertę  broni.  –  To  natomiast  nadaje  się  jedynie  do  przetopienia.  Nawet  nie  będę  tego  ruszał.  –  Czubkiem  buta  dotyka  kolejnej  góry  mieczy  i sztyletów.
Zaraz… mam rozumieć, że Severo robi inwentaryzację? I to chyba pierwszą od bardzo wielu lat, skoro znajdują przy okazji całe góry broni nadającej się wyłącznie do przetopienia? Nikt o to nie dbał na co dzień?
Tegoroczne zbiory broni nie były udane - deszczowe lato, mało słońca, dużo stonki rdzówki i połowa plonów była do wyrzucenia. W przyszłym roku trzeba będzie zacząć spryskiwać inhibitorem.


–  Jovenie?  –  zwraca  się  do  swego  oficera.
Blondyn  posłusznie  podąża  za  Mistrzem  Walk,  notując  jego  słowa  na  pergaminie,  pod  którym  trzyma  wielką  księgę  zastępującą  mu  podkładkę  ułatwiającą  pisanie.  Nad  jego  głową  Hafran  niesie  rozpostarty  parasol,  podczas  gdy  inny  Związkowiec,  również  dzierżący  osłonę  przed  drobnym  deszczem  padającym  tego  ranka,  nie  nadąża  za  krokami  swego  Mistrza.
Coś mówiłeś, Vahu, o niepasujących rekwizytach…?
I znów kojarzy mi się to z XIX-wiecznym Londynem. Sevciovi brakuje już tylko fajki i kraciastego płaszcza. Płaszcz oczywiście byłby największy na świecie i nikt oprócz Mistrza Walki nie mógłby go nosić.


(...)
Już  chce  skierować  się  w przeciwległą  stronę  dziedzińca,  gdzie  piętrzą  się  kolejne  hałdy  wynoszonej  przez  jego  ludzi  ze  zbrojowni  broni,
I po cholerę wynoszą to wszystko ze zbrojowni na dziedziniec, na deszcz? Mało im jeszcze zardzewiałej broni?
Ja… ja się obawiam, że ta broń cały czas tak leży w niezabezpieczonych stertach, pod gołym niebem.


gdy  ziemia  pod  jego  stopami  zaczyna  drżeć.  Najpierw  delikatnie,  by  po  chwili  zatrząść  w posadach  całą  Twierdzą.  Związkowcy  obecni  na  placu,  tracąc  grunt  pod  nogami,  przewracają  się  i lądują  prosto  w kałużach  i błocie.  Severo,  by  nie  upaść,  w ostatniej  chwili  chwyta  za  cembrowinę  kamiennej  studni  stojącej  centralnie  na  dziedzińcu.  
To jest ten sam dziedziniec, na którym odbywała się uczta, czy jakiś inny? Bo nie czytaliśmy poprzednio o żadnej studni.
Pewnie wybudowano ją zaraz po uczcie.
Chowała się przez obracanie do góry nogami, jak niektóre elementy w domkach dla lalek.


Jego  żołnierze  z okrzykami  przerażenia  i zadziwienia  wskazują  na  promienie  rozsadzające  dach  pobliskiej  wieży,  który  teraz  unosi  się  nad  nią  w powietrzu.  Potężny  huk  i kolejne  tęczowe  rozbłyski  rozdzierają  bariery  magiczne  wzniesione  nad  Ravillonem.  Deszcz  ustaje,  z kłębiastych  chmur  na  chwilę  wynurza  się  słońce,  by  już  po  chwili  ponownie  zapadł  mrok,  tym  razem  nocy.  
Wiemy, już raz czytaliśmy ten opis.


Mistrz  Walk  patrzy  z fascynacją,  jak  kolejne  gwiazdy  rozpalają  się  na  granatowym  niebie (chmury poszły precz?),  a dołączają  do  nich  nowe,  wystrzelone  magiczną  siłą  z pozbawionego  kopuły  pomieszczenia.
Gdy  wstrząsy  powoli  ustępują,  jasnowłosy  oficer  powstaje,  strzepując  brud  z ubrania  i zapisanych  wcześniej  pergaminów.  Przystaje  obok  Severa,  i tak  jak  i on  wznosi  wzrok  ku  niebu,  które  rozświetla  w tym  momencie  wielobarwna  zorza.
–  Co  to,  do  cholery,  było?!  –  Przenosi  zdumione  spojrzenie  na  czarnowłosego.  Podwładni  towarzyszący  Anturyjczykowi,  podnosząc  się  z ziemi,  także  zwracają  pytające  spojrzenia  wprost  na  Severa,  oczekując  odpowiedzi  od  swego  Mistrza.  Ten  zaś,  nie  odrywając  niezwykłych  źrenic  od  nieboskłonu,  odpowiada  z tajemniczym  uśmiechem  na  ustach:
–  Moja  Milady  właśnie  zaprezentowała  swe  umiejętności.
Nawiasem mówiąc, cały ten wątek wypadłby o wiele ciekawiej, gdyby scena z perspektywy Arienne urwała się po poleceniu Vena, by zaprezentowała swą pełną moc, a ciąg dalszy widzielibyśmy tylko z perspektywy Severa.


Po  tych  słowach  odwraca  się  ku  zdumionym  Związkowcom  patrzącym  na  niego  szeroko  otwartymi  ustami.
–  Co  tak  stoicie,  patałachy?  Zamknijcie  te  rozdziawione  gęby  i do  roboty!  Kontynuujemy!  Czy  dzień,  czy  noc.  Bez  znaczenia.  Musimy  skończyć  przegląd,  bym  mógł  jak  najszybciej  uzupełnić  braki  i zająć  się  swoimi  zadaniami  w Podziemiach  –  rozkazuje.
– Ilu to mamy na dzisiaj? Osiemdziesięciu dwóch? Dawać ich na taśmociąg i po trzy minuty na każdego!
W sumie aż dziw bierze, że Sevcio i spółka jeszcze nie wymyślili gilotyny. I to takiej co by kilka głów na raz ścinała.
(...)


***
Ven  przez  dłuższą  chwilę  patrzy  na  Arienne  w milczeniu,  wspierając  szczupłą  twarz  na  złożonych  dłoniach.  Jego  szare  oczy  zdają  się  prześwietlać  czarodziejkę  na  wylot.
–  Możesz  go  używać,  kiedy  zechcesz  –  mówi  w końcu,  wskazując  na  teleskop.  Wznosi  dłoń  i siłą  woli,  bez  wypowiadania  żadnych  słów,  przywraca  sklepienie  dachu  na  dawne  miejsce.  Nie  komentuje  czaru  Milady  Mistrza  Walk,  a z jego  oblicza  trudno  wyczytać,  co  myśli.  Unosi  się  z fotela,  naciskając  wcześniej  ukryty  pod  blatem  biurka  przycisk.  Jedna  z zastawionych  księgami  szaf  umieszczonych  po  lewej  stronie  stołu  cofa  się  w głąb,  odsłaniając  niewielkie  przejście.
Kuźwa, teraz jesteśmy w siedzibie MI6, za chwilę Ven każe się nazywać “Q” i wręczy zdziwionej Arienne kluczyki do wypasionego Aston Martina.
Serio, dlaczego mistrz magii, która w tym świecie może przetwarzać materie jak chce, potrzebuje ukrytego przycisku, którym otwiera się sekretne drzwi?
Może po to, by nie tracić energii na czarowanie. Ale...


–  Chodź  za  mną.  –  Mag  rusza  przodem  i prowadzi  zaintrygowaną  dziewczynę  do  niewielkiego  kamiennego  pomieszczenia  zbudowanego,  tak  jak  przylegający  do  niego  gabinet,  na  planie  owalu.
Hm, biorąc pod uwagę, że są w wieży, to sekretne, owalne w kształcie pomieszczenie powinno być widoczne z zewnątrz, prawda?
Jest widoczne. Wszyscy myślą, że to wychodek.
https://st.depositphotos.com/1141341/1414/i/950/depositphotos_14143816-stock-photo-medieval-toilet.jpg


Prócz  wielkiej  złoconej  ramy  wiszącej  na  sznurach  na  środku  w komnacie  nie  ma  nic  więcej.  Puste  obramowanie  kołysze  się  lekko  pod  wpływem  nagłego  ruchu  powietrza  spowodowanego  otwarciem  ukrytych  drzwi.  Czarodziej  roznieca  czarem  ogień  na  pochodniach  umieszczonych  w kamiennych  niszach,  po  czym  kolejnym  zaklęciem  zamyka  wrota.  Te  zlewają  się  z otoczeniem,  stając  się  regularną  ścianą,  w której  próżno  dopatrywać  się  tajemnego  wejścia.
Ja.
Ja nawet nie wiem jak to skomentować. Po prostu… Jak można wprowadzać coś kompletnie nie pasującego do świata przedstawionego, mając rozwiązanie w zasięgu ręki, ba, użyć go kilka zdań później i nie wpaść na myśl, że wypadałoby się cofnąć i zmienić tekst?
...no właśnie.
Ja bym się nawet nie czepiała tego guziczka pod biurkiem. Niech sobie będzie, choć bardziej stylowy byłby jakiś przycisk ukryty pośród rzeźb na kominku. Ale wychodzi na to, że drzwi otwierane mechanicznie zamykać trzeba magią!


–  Oto  Zwierciadło  Przeznaczenia,  dar  Cesarzowej  Almy,  żony  poprzedniego  Władcy  Fenian,  dla  Związku.  –  Ven  wskazuje  na  pustą  oprawę.  –  Jest  w stanie  pokazać  wybrańcom  ludzki  Los  w dowolnym  momencie  dziejów.  Posiadając  odpowiednie  zdolności,  można  w nim  ujrzeć  przeszłość,  bieżący  dzień  lub  sprawy,  które  dopiero  się  wydarzą.  Jeżeli  podglądanej  osoby  nie  chronią  odpowiednie  czary,  da  się  odtworzyć  całe  jej  życie.  Wyjątek  stanowią  na  przykład  Związkowcy  wywodzący  się,  jak  ja  i twój  Mistrz,  jeszcze  z czasów  Starego  Porządku.  Wraz  z Ceremonią  Przyjęcia  zatraciliśmy  bowiem  pamięć  o tym,  co  było  przed  naszym  wstąpieniem  do  Organizacji.  W naszym  wypadku  Zwierciadło  milczy,  gdy  kierujemy  do  niego  pytania  o nasz  żywot  przed  trafieniem  do  Ravillonu.
No tak, ja rozumiem, że trzeba chronić tajemnicę Sevcia i w żaden sposób nie można odkryć jej przed czytelnikami (którzy nic a nic się nie domyślają, gdzieżby!) [potwierdzam, niczego się nie domyśliłem!], ale heloł, to wyjaśnienie zupełnie się nie trzyma kupy. Wyjaśnienie “przeszłość całkowicie znika kiedy dana osoba jej nie pamięta” brzmi zupełnie jak dziecięce przekonanie, że “nie widać mnie, bo zamknąłem oczy”.
Wygląda to tak:
hiding-ninja-funny-dogs-261__605.jpg
https://static.boredpanda.com/blog/wp-content/uploads/2015/01/hiding-ninja-funny-dogs-261__605.jpg


Pomijając już kwestię Zwierciadła, a co jeśli taki Severo czy Ven ruszą tyłek z Ravillonu i znienacka spotkają kogoś, kto znał ich wcześniej? Takiemu komuś też Imperatyw Narracyjny Przeznaczenie wymazuje pamięć?


Ven nakazuje Arienne zobaczyć w Zwierciadle niedaleką przeszłość, na przykład wczoraj oraz kogoś, kogo oboje znają. Ta wybiera Harolda.


Pod  wpływem  czaru  z głębi  Zwierciadła  wyłania  się  sylwetka  rudowłosego  mężczyzny,  który  w ogromnej  bibliotece  studiuje  właśnie  ze  skupieniem  jakieś  księgi.
–  Mówiłem,  Letizio,  odejdź  i nie  przeszkadzaj  mi  w pracy  –  warczy  do  pięknej  blondynki,  która  ubrana  już  w strój  nocny  próbuje  go  odciągnąć  od  lektury.
Kobieta  przez  jakiś  czas  jeszcze  nalega  kolejnymi  pieszczotami,  starając  się  zachęcić  Harolda  do  pójścia  z nią  do  alkowy,  w końcu  jednak  ten  odpycha  ją  brutalnie  i każe  iść  precz.  Gdy  Milady  z wyrazem  zawodu  malującym  się  na  twarzy  opuszcza  pomieszczenie,  czarodziej  bierze  z rąk  przywołanego  Związkowca,  noszącego  na  ubraniu  symbol  Jaszczurki,  skrzyneczkę  z zasuszonymi  ziołami,  które  rozkłada  na  biurku,  aby  następnie  porównać  je  z rycinami  zawartymi  w księdze.  Gdy  nieznajomy  mi  mężczyzna  chce  już  wyjść,  słyszę,  jak  Mistrz  Zielarstwa  mówi  do  niego:
–  Idź,  zabaw  się  z Letizią.  Nie  będę  jej  już  chyba  dłużej  potrzebował.  Drażni  mnie  ostatnio  tą  swoją  zaborczością.  Jest  twoja,  Markusie.  A za  parę  dni  coś  wymyślimy,  by  dać  ją  do  Podziemi.
Potwierdź anulowanie znaku i reszta procedury potoczy się automatycznie. Czy Harold w ogóle czyta regulamin przed zarejestrowaniem nowej milady?
Nie rozumiem zachowania Letizii. Przecież wie, że każdy grymas niezadowolenia jej pana może oznaczać dla niej wyrok śmierci; powinna unikać wszystkiego, co go drażni.
Niestety jest tylko głupią postacią z tła.


Odrywam  dłoń  od  tafli  przerażona  tym,  co  zobaczyłam.  To  musiało  być  wieczorem,  kiedy  już  rozstałam  się  z pozostałymi  Milady  i udałam  się  do  Severa.  Na  bogów,  nigdy  nie  przypuszczałam,  że  Harold  może  być  taki  okrutny.  Rzeczywiście,  miałam  szczęście,  że  nie  trafiłam  do  niego!


Następnie Ven nakazuje pokazać teraźniejszość – i też jakąś znaną im osobę...


Mój  Mistrz…
Przede mną droga, którą przebyć muszę, tak jak Ty...


Władczy  i piękny,  jak  wówczas,  gdy  ujrzałam  go  po  raz  pierwszy.  Jak  wtedy,  gdy  rozmarzona  stwierdziłam,  że  mogłabym  mieć  takiego  rycerza.  A teraz  jestem  z nim,  tylko  że  zamiast  wydawać  mu  polecenia  i dziękować  za  nie  uśmiechem,  niewinnym  gestem  lub  miłą  konwersacją,  to  ja  muszę  go  słuchać.  W końcu  sam  mi  wczoraj  uświadomił,  że  życie  to  nie  bajka.  Ale  gdybym  miała  Księgę,  mogłabym  spróbować  napisać  je  na  nowo  tak,  by  się  nią  właśnie  stało.


Następnie Ven życzy sobie, żeby pokazać mu najbliższą przyszłość (Arienne widzi przyjęcie z udziałem siebie, Severa i jego przyjaciół), a potem przyszłość odleglejszą, to jest moment śmierci – jego samego, a także Harolda i Severa.


Pod  wpływem  kolejnego  czaru  ponownie  tworzy  się  magiczna  tafla.  Tym  razem  jej  obraz  długo  burzy  się  i mąci,  jakby  przyszłość  nie  chciała  odkrywać  swych  tajemnic.  A gdy  Arienne  wreszcie  przełamuje  opór  Zwierciadła  i wypełnia  irracjonalne  żądanie  Vena,  trzy  różne  sceny,  trwające  ułamki  sekund,  kolejno  ukazują  się  oczom  obserwatorów.
Ostatnia  wizja  sprawia,  że  płaszczyzna  magicznego  lustra  na  chwilę  rozpala  się  krwistym  płomieniem,  by  następnie  pokryć  się  lodem,  pęknąć  z przerażającym  trzaskiem  i rozsypać  się  w drobny  pył,  który  jeszcze  przez  moment  unosi  się  w oziębionym  powietrzu,  a następnie  zupełnie  znika.  Przez  dłuższą  chwilę  para  czarodziejów  stoi  w ciszy,  aż  wreszcie  pierwszy  odzywa  się  mężczyzna:
–  W Ravillonie,  odkąd  Arcymistrza  Frygilla  złożyła  choroba,  tylko  ja,  ze  względu  na  piastowaną  funkcję  Mistrza  Magii,  mam  moc  wybudzenia  Zwierciadła  z uśpienia.  Lecz  ta  moc  jest  ograniczona,  gdyż  jedynie  przeszłość  i teraźniejszość  odkrywają  przede  mną  swe  sekrety,  a i tu  natrafiam  niekiedy  na  bariery,  których  przekroczyć  nie  potrafię  –  jak  chociażby  te  dotyczące  członków  Świętej  Organizacji,  o czym  już  ci  wspomniałem.  Dziś  jednak  dołączyłaś  do  mnie  ty,  Arienne,  a ja  poddałem  cię  próbie.  I tak  jak  sądziłem, po  tym,  co  mi  zaprezentowałaś,  twoja  magia  okazała  się  na  tyle  potężna,  że  Zwierciadło  było  ci  w pełni  posłuszne  i pokazało  więcej  niż  komukolwiek  dotychczas.  
Nieeee, naprawdę? No wcale się tego nie spodziewaliśmy, wcale!
Moja reakcja:


tenor.gif


Po skończonym teście dzięki zaklęciu maga para opuszcza tajemną komnatę i materializuje się z powrotem w jego gabinecie.
Zatem mamy komnatę, którą otwiera się mechanicznie, zamyka zaklęciem, a żeby z niej wyjść, trzeba się teleportować. Nie za dużo grzybów w tym barszczu?


Ku zaskoczeniu obojga nie są w niej sami. W pomieszczeniu  czeka  czterech  mężczyzn,  z których  jeden,  najwyraźniej  dowódca,  siedzi  rozwalony  w fotelu  Mistrza.
(...)  Otyły  Związkowiec,  zajmujący  bezczelnie  miejsce  Vena,  trzyma  buty  wprost  na  wypolerowanym  na  błysk  blacie  biurka.  Na  jego  szerokiej  piersi  i ogromnym,  spasionym  brzuchu  widnieje  haft  ze  Skorpionem. (...)
Tłusty  Związkowiec  powolnym  ruchem  opuszcza  nogi  z blatu  na  posadzkę.  Powstaje,  ukazując  pełnię  swej  tuszy.
–  Han ma boo-kee, keelee ka-lya dooka. Wadja da boolya ra Moy!


giphy.gif


–  Tym  razem  nie  przychodzę  do  ciebie,  Mistrzu.  –  Patrzy  swymi  rybimi  oczkami  na  Vena.  –  Eminencja  kazał  nam  przyprowadzić  do  siebie  tę  małą,  od Severa.  –  Ruchem  łysiejącej  głowy  wskazuje  na  zdezorientowaną  towarzyszkę  maga.
Tak jakby Navin nie mógł być po prostu oficerem, który z profesjonalną obojętnością wypełnia rozkazy Eminencji. Nieee, musi, być gruby, łysieć, zachowywać się bezczelnie, brakuje mu jeszcze tylko mrocznego “mwahahahahaha”.


Aha, znaczy Eminencja już wie, że za wybuch była odpowiedzialna ona, że to nie żaden eksperyment Vena?
Wydaje mi się, że mając wszędzie oczy i uszy popleczników wie, że Arienne jest w wieży i dodał dwa do dwóch. Może wyczuł, że to nie Ven czaruje, w końcu trochę czasu już się znają.


Żołnierze, rżąc i rechocząc, kpią z Arienne i gwałtu – co nie robi na niej szczególnego wrażenia, zapewne dlatego, że ten akurat fragment pisany jest w trzeciej osobie. Hint: nawet narrator zewnętrzny może coś wspomnieć o reakcjach postaci, nie ma przepisu, że wolno o nich mówić jedynie w narracji pierwszoosobowej.


***


Na  wyłożonym  czarno-srebrnym  aksamitem  szezlongu,  stojącym  tuż  przy  rozpalonym  kominku,  wpółleży  Milady  Wilbura  ubrana  w długą  elegancką  suknię  z dużym  rozcięciem  ukazującym  jej  zgrabną  prawą  nogę [lewa była za to pewnie wyjątkowo paskudna],  obleczoną  cieniutką  pończochą.  Karla  trzyma  w dłoniach  złote  zwierciadło  i udając,  że  się  w nim  przegląda,  w rzeczywistości  obserwuje  mężczyzn  za  sobą.
A dokładniej – gapi się na Severa.


(...) Milady  na  dłużej  zatrzymuje  spojrzenie  na  lędźwiach  i pośladkach  mężczyzny.  Krótki,  rzemienny  kaftan  sięga  mu  zaledwie  pasa,  a skórzane  spodnie  są  tak  obcisłe,  że  doskonale  uwydatniają  każdy  detal  jego  doskonale  zbudowanego  ciała.  Gdyby  tak  jeszcze  odwrócił  się  nieco  bokiem,  mogłaby  uważniej  obejrzeć  sobie  znaczną  wypukłość  między  jego  nogami.
Taaa, obcisłe spodnie to zdradliwa rzecz ;)
06f29c87f70eb8ccab085e7dd7f26769--david-bowie-costume-david-bowie-labyrinth.jpg


Eminencja  odrywa  się  od  pracy  dopiero  w chwili,  gdy  do  wielkiej  komnaty,  stanowiącej  również  jego  prywatną  bibliotekę,  wkracza  w obecności  Vena  maleńka  czarnowłosa  dziewczyna,  do  złudzenia  przypominająca  mu  w tym  momencie  zmarłą  Cesarzową  Almę.  Ale  w końcu  sobowtóry  się  zdarzają  –  tłumaczy  sobie  mężczyzna,  wzruszając  ramionami.  
Ha, pamiętacie, jak pisałam, że magiczne zabezpieczenia Arienne mają w sobie sporą dziurę? Arienne kropka w kropkę przypomina Almę, zamordowaną cesarzową, żonę Gerharda. Cóż, jeśli charakterystyczny wygląd typowej Tahitanki zwraca uwagę, to co dopiero kserokopia cesarzowej?
I na dodatek jest w typie Sevcia, którego drugiej imię to “Nie-jestem-Gerhardem-gdyż-albowiem-ponieważ”.


Arienne dostaje zjebkę – za brak właściwego powitania oraz za suknię w szarym kolorze, a nie świętej czerni Związku. Severo obiecuje, że pouczy ją, jak się zachowywać...


–  To  też,  ale  przede  wszystkim  do  jutra  chcę  mieć  w skarbcu  pięćset  tysięcy  fenów  za  zniszczenia,  jakich  dokonała  twoja  kochanka.  Trzeba  będzie  pokryć  koszty  odbudowy  rozpadającego  się  dachu  Wieży  Magów  oraz  magicznych  substancji  potrzebnych  do  uszczelnienia  i wzmocnienia  bariery  Twierdzy.
Nie  wierząc  w to,  jak  kolosalną  kwotę  właśnie  wymienił  Eminencja,  podnoszę  na  niego  wzrok  i protestuję:
–  Ale  przecież  Mistrz  Ven  zaklęciem  przywrócił  wieży  pierwotny  dach,  a ja  mogę…
Nie  udaje  mi  się  już  dodać,  że  nie  miałam  czasu  odbudować  zaczarowanej  osłony,  używając  jedynie  swej  mocy,  ale  mogę  to  w każdej  chwili  zrobić  i pieniądze  nie  są  do  tego  potrzebne,  
Ależ Eminencjo, przecież ja to mogę zrobić z palcem w nosie, zamkniętymi oczami i siedząc w wychodku!
A po co się kłócić? Mogłaby użyć sterty zardzewiałej broni i zamienić ją w pięćset tysięcy fenów.


gdyż  przerywa  mi  Wilbur:
–  Milcz,  dziwko!  –  Eminencja  robi  zamach  swą  hebanową  laską,  która  dopiero  co  opierała  się  o biurko,  i z całej  siły  uderza  Milady  Mistrza  Walk  w bok  szyi,  dokładnie  w miejscu,  gdzie  naznaczono  ją  na  uczcie.  Pod  wpływem  nagłego  ciosu  czarodziejka  traci  równowagę  i upada  na  podłogę ze złamanym kręgosłupem.
Tja. A pod wpływem ciosu mieczem robi się przedziurawiona. Bardziej drętwo nie można było?
Można. Pamiętasz barda z pierwszej części analizy, który miał utrzymać w ręce miecz Sevcia, ale nie dał rady i się wywrócił? Mnie ten opis śni się do dziś.


Karla  zaś  wywraca  niezadowolona  oczami,  zastanawiając  się,  dlaczego  nie  uderzył  Arienne  w twarz.  Na  posiniaczoną  i zakrwawioną  dziewczynę  Anturyjczyk  nawet  by  nie  spojrzał!
Tak, Karla jest Złą Kobietą, wiemy. WIEMY!!!


Severo prosi o tydzień na zdobycie pieniędzy, Wilbur łaskawie daje mu trzy dni. Po zakończeniu audiencji wściekły Mistrz (karminowe błyski w oczach, mrożące zimno wokół) odsyła Arienne do jej komnaty, a sam pędzi do Podziemi, żeby rozładować wściekłość, wyżywając się na skazańcach.


Tymczasem do Arienne przychodzi Taida, przynosząc jej nowe suknie.


–  Powiedz  lepiej:  jak  było?
Widząc  zaś  pytanie  w oczach  dziewczyny,  ponagla:
–  No  wiesz,  wczoraj  w nocy.  Podobałaś  mu  się  w mojej  kreacji?  I ile  razy?
–  Ile  razy  co?  –  pytam  zdezorientowana,  zdejmując  właśnie  diamentowe  kolczyki  z uszu.
Taida  siedzi  na  ogromnym  łożu  i wkłada  podaną  przez  czarodziejkę  biżuterię  do  szkatułki.
–  Ile  razy  cię  wziął!
Gdy  dociera  do  mnie  znaczenie  jej  pytania,  zmieszana  pospiesznie  ściągam  pozostałe  ozdoby  z włosów  i szyi.
–  My  wczoraj  rozmawialiśmy  tylko.
Zdumiona  kobieta  przez  dłuższą  chwilę  milczy.
–  To  jest  dużo  gorzej,  niż  myślałam!  –  wypala  w końcu.  –  Arienne,  z mężczyzną  to  się  rozmawia  w alkowie  jedynie  wtedy,  gdy  akurat  krwawiąc  miesięcznie,  jesteś  niezdatna  do  miłości!  Przecież  Mistrzowie  tego  właśnie  oczekują  od  swych  Milady  –  żeby  dawały  im  spełnienie!  Bynajmniej  nie  duchowe!  –  dorzuca,  widząc  zszokowaną  minę  świeżo  upieczonej  faworyty.  –  Ty  naprawdę  nie  masz  o tym  pojęcia,  prawda?
Taido, weź. To, że twój chłop najwyraźniej jest tępym głąbem, a ty dla niego seks-laleczką, nie oznacza, że to model obowiązkowy.


Taida robi Arienne szczegółowy wykład na temat technik miłosnych. Arienne jest w szoku, bo choć przygotowywano ją w rodzinnym domu do roli żony, to jednak nikt nie rozmawiał z nią otwarcie o seksie. Ciach.


***


Ven zastaje w swoim gabinecie Severa, całego skąpanego we krwi – okazuje się, że miał jeden ze swoich tajemniczych ataków, objawiających się karminowymi błyskami w oczach, a związanych z mocą Schatten, Krainy Cieni. Przygotowuje dla niego eliksir, który ma powstrzymać atak. Severo skarży się, że ma coraz mniej siły, by opierać się tej mocy. Arcymistrz Frygill swego czasu skutecznie sobie z nią radził, ale teraz jest umierający.


–  Ven!  Masz  obsesję!  Przecież  nie  jestem  Cieniem!  Do  cholery,  jestem  zwykłym  człowiekiem,  który…
–  …który  dysponuje  mocą  Schatten  –  kończy  czarodziej,  poważnie  patrząc  na  przyjaciela.  –  Nie  denerwuj  się  tak  i nie  krzycz  na  mnie,  bo  każę  ci  wypić  jeszcze  jeden  kielich  mojej  mikstury.  Miałem  ci  tego  nie  mówić,  ale  wszystko  na  to  wskazuje  już  od  dawna,  a fakt,  że  wyciągasz  Zakazaną  Kartę  przy  każdej  wróżbie,  utwierdza  mnie  tylko  w tym  przekonaniu.
Severo  opada  z powrotem  na  krzesło,  mrużąc  oczy,  by  stłumić  rozbudzony  w nich  na  nowo  karminowy  blask.
–  Prawda  jest  taka,  że  nie  wiemy,  skąd  masz  taką  siłę,  ale  nie  jest  ona  zgodna  z zasadami  Sztuki,  której  uczą  w Gildiach,  i z całą  pewnością  nie  stoi  po  stronie  Mocy  Jasności.  Przyznaj  się.  Ilu  ich  było?  Ilu  więźniów  rozniosłeś  dziś  w szale  w Podziemiach,  nawet  nie  czekając  na  ich  wyroki  i nie  zapewniając  im  godnej  śmierci?
Klęczenie we krwi i fekaliach, będąc zakutym w dyby, w ciemnych podziemiach i z katem, dla którego jesteś tylko kolejnym z kilkudziesięciu ludzi do ścięcia. Zaiste, godna śmierć.
Nie czekając na wyroki? Myślałam, że wydaje je Cesarski Trybunał, a do Ravillonu trafiają już tylko skazańcy czekający na śmierć.


Czarnowłosy  opuszcza  głowę,  milcząc.
–  No  właśnie.  Dlatego  twój  dom  może  być  tylko  w Ravillonie,  nie  zaś  na  Kontynencie,  jakbyś  tego  pragnął.  Tylko  w Czarnej  Twierdzy  można  cię  pilnować  i blokować  odpowiednimi  czarami,  chroniąc  otoczenie  przed  kolejnym  wybuchem  twej  agresywnej  mocy.  
Hm, to dlaczego pozwalają mu na długie wyprawy poza Ravillon, kiedy nikt i nic go nie kontroluje?


Poza  tym  podczas  pracy  w Podziemiach  masz  możliwość  pełnego  zaspokajania  drzemiącego  w tobie…
–  No,  dokończ  to  zadnie (sic! i kwik! :D).  –  Severo  wyzywająco  unosi  źrenice  na  czarodzieja,  który  urywa  w poszukiwaniu  właściwego  słowa.
–  …Zła!  –  odpowiada  Ven  tylko  dlatego,  że  oczy  jego  przyjaciela  przybierają  na  powrót  ludzki  wygląd,  a to  oznacza,  że  nic  mu  już  z jego  strony  nie  powinno  zagrażać.
Nawet w ryj nie dostanie.


Myślę, że to odpowiedni moment, by zamieścić dokonane przez jedną z czytelniczek porównanie “Klątwy przeznaczenia” z “Trylogią Czarnego Maga” Trudi Canavan:


  • Tajemniczy czarny mag w czarnym płaszczu jako główny bohater/wybranek - jest,
  • Zamek gildii magów, w którym bohaterka z jakiegoś powodu musi zamieszkać - jest,
  • Czarny mag bierze bohaterkę pod swoją opiekę, bo inaczej groziłoby jej niebezpieczeństwo - jest,
  • Czarny mag włada zakazaną mocą, której nikt w królestwie nie używa - jest,
  • Czarny mag cierpi na efekty uboczne władania zakazaną mocą - jest,
  • Tylko jedna osoba w gildii zna mroczny sekret czarnego maga - jest,
  • Duża różnica wieku między bohaterami (szesnastolatka i facet po trzydziestce) - jest,
  • Winter is coming - jest.


Ven dopytuje, czy to wizyta u Wilbura sprowokowała atak, skąd rozmowa naturalnie przechodzi do…


–  Arienne  jest  niezwykła.  To,  co  pokazała,  stanowi  tylko  ułamek  tego,  co  jest  w stanie  zrobić.  Dzięki  niej  dzisiejsza  noc  będzie  trwała  dobę.  A to  się  musieli  zdziwić  astrologowie  na  Kontynencie.  Pewnie  rwą  włosy  z głów  nad  tym  fenomenem  –  śmieje  się  Ven.  
A to się musiały rozdzwonić dzwonki alarmowe u każdego, kto w tym świecie zajmuje się magią, a to się musiały wszystkie oczy zwrócić na Ravillon! Fajnie, Arienne, że ukryłaś się w “jedynym bezpiecznym miejscu”...


–  No  i Zwierciadło!  Zwierciadło  ożyło  natychmiast  po  użyciu  przez  nią  magii  i pokazało  wszystko!  Przeszłość,  teraźniejszość  i przyszłość!  To  nie  lada  wyczyn.  Wszak  nikomu  przed  nią  się  to  nie  udało,  a ona  nawet  niespecjalnie  się  nie  zmęczyła  po  takim  zużyciu  energii.  Jej  moc  jest  zadziwiająco  potężna.
Czy Wy też zastanawiacie się, dlaczego dziewczyna o tak potężnej mocy jeszcze nie rozniosła całego zamku w drebiezgi i nie poszła w świat, zamiast z pokorą poddawać się rozkazom Mistrzów?
Bo przy okazji rozwaliłaby też księgę, której szuka by… eee… po co jej właściwie ta księga?
Myślę, że przy takich umiejętnościach potrafiłaby zastosować jakąś kombinację “Zamkus Rozpierdolus” i “Accio Księga”.


Severo zwierza się, ileż to zażyczył sobie Wilbur za zniszczenia spowodowane przez Arienne. Zastanawiają się, skąd wziąć tyle kasy, Severo może co prawda sięgnąć do swych ukrytych poza Ravillonem zaskórniaków, ale obawia się, że szpiedzy Wilbura wyśledzą jego kryjówkę. Pożyczka od Cesarza odpada, gdyż Wilbur znowu uznałby to za pieniądze Związku, a poza tym Cesarz jest humorzastym nastolatkiem, który co chwila zmienia zdanie, raz uwielbia Severa nad życie, to znów poniża go przed wszystkimi, zaś Sevcio ostatkiem sił powstrzymuje się, by nie wypalić mu prosto w twarz całą swoją lodową mocą.
Ostatecznie Severo wpada na pomysł, którego ze swych wpływowych znajomych poprosić o pożyczkę – za to zaczyna się zastanawiać, czy nie zabrać Arienne swojego znaku.  


–  Ven.  Ja  naprawdę  się  nad  tym  zastanawiam.  To  chyba  był  błąd.  –  Severo  stawia  kielich  na  biurku  i delikatnie  kołysze  go  na  boki  wskazującym  palcem  prawej  ręki,  nie  patrząc  na  czarodzieja.  –  Nie  jestem  stworzony  do  związku.  Nie  lubię  zobowiązań,  nie  chcę  być  nimi  związany.  Wolę  być  sam.  W dodatku  jestem  niebezpieczny.  Mogę  zrobić  jej  krzywdę,  nawet  tego  nie  chcąc.  
Wobec czego odeślę ją, skazując tym samym na śmierć. To z pewnością lepsza opcja.
Jeśli ją odeślesz durniu, to trafi do podziemi, gdzie będziesz musiał ją ściąć. Czyli… no, zrobisz jej krzywdę, delikatnie mówiąc.


Poza  tym  różnica  wieku  to  też  problem.  Spokojnie  mógłbym  być  jej  ojcem.  
Teraz się zorientowałeś?


No  i nie  spodziewałem  się,  że  już  od  pierwszych  chwil  będą  z nią  takie  kłopoty.
–  Mogłeś  o tym  pomyśleć,  nim  wyzwałeś  Mistrzów  do  walki  o nią  –  Ven  odpowiada  mu  ze  złością  w głosie.  –  Zhańbiłeś  ją  na  oczach  całego  Ravillonu,  robiąc  pośmiewisko  i pokaz  z jej  niedoświadczenia,  a teraz  chcesz  się  jej  pozbyć?  (...) –  Jesteś  najlepszym  uczniem  Arcymistrza  Frygilla  i właśnie  dlatego,  jak  na  ucznia  tego  największego  z Mistrzów  Starego  Porządku  przystało,  poniesiesz  konsekwencje  swego  czynu.  Nadałeś  jej  Znak,  przygarnąłeś,  to  teraz  zaakceptuj  z zaletami,  ale  i wadami,  jakie  ma.  Chyba  nie  liczyłeś  na  to,  że  piękne  nogi  to  podstawa  udanego  związku?  Spójrz  na  mnie.  Wybrałem  Blankę  przez  ponętne  kształty  i do  czego  mnie  to  doprowadziło?  Jestem  uwiązany  do  pustej  lalki,  która  nie  ma  mi  do  zaoferowania  nic  ponad  bujnymi  piersiami!  
Znaczy – Blanka wygląda jakoś tak?
https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/0/0f/Headless_statue_of_a_Nymph_or_Aphrodit%C3%A9_bending.jpg


A jednak  trwam  przy  niej,  bo  kiedyś  sam  podjąłem  tę  decyzję  i teraz  muszę  za  nią  płacić.  
No, w porównaniu chyba jednak Blanka wypada taniej.


Fizyczność  to  przecież  nie  wszystko.  Pamiętaj,  że  Arienne  ma  też  uczucia,  myśli,  wiedzę.  I muszę  przyznać,  czego  ty,  jak  widać,  jeszcze  nie  dostrzegasz,  że  lepiej  trafić  nie  mogłeś.  Żadna  z Milady,  no,  może  jedynie  Karla,  nie  kończyła  szkół.  
A piękna, wykształcona, władająca siedmioma językami Leila marnuje się wśród adeptek. Sami nie wiecie, jakie posiadacie skarby.
Leila? Leila… aaa, ta Leila. Jestem ciekaw, czy jeszcze się w ogóle pojawi w książce.


Żaden  z Mistrzów  nie  był  tym  pierwszym  dla  którejkolwiek  z nich.  O żadną  też  nie  toczył  się  taki  bój,  jak  o nią  na  uczcie.  Jest  wyjątkowa.  Uświadom  to  sobie.  A jej  młody  wiek  i niedoświadczenie  to  tylko  atuty,  gdyż  możecie  budować  waszą  relację  od  podstaw,  bez  odnośników  do  wcześniejszych  związków,  bez  porównań  do  poprzednich  partnerów.  
Sądząc po stylu, Ven dorabia sobie jako Ciocia Dobra Rada w listowym kąciku dla czytelników z problemami sercowymi.
Serio? Przecież Severo nie zapomni na rozkaz tych wszystkich swoich księżniczek i królowych. Materiału do porównań ma aż nadto.


(...)


***
(...)
Severo po zażyciu mikstury zachowuje się jak pijany; po drodze spotyka Taidę, która ofiarnie odprowadza go do komnaty...


– Mistrzu. Zaprowadzę cię do łożnicy. – Chwyta go pod bok i sama prawie zatacza się pod ciężarem jego ciała. Arienne jeszcze jej za to podziękuje! Bo to, co robi, to poświęcenie. On jest taki wielki! W dodatku zupełnie z nią nie współpracuje. Tylko się śmieje i między niezrozumiałymi wypowiedziami wzywa imiona urojonych osób. Jak choćby teraz, gdy każe jej się wieść do komnaty jakiejś Almy. Pewnie to któraś z jego królewskich kochanek.


Hahaha!
Hulk-vs-Loki-05.gif
http://www.9e3k.com/wp/wp-content/uploads/2012/08/Hulk-vs-Loki-05.gif
Nie wiem jak wy, ale ja czuję się jak Loki i do końca analizy już nic z siebie nie wyduszę.


...gdzie ten pada na łoże martwym bykiem i zasypia, nie zauważając nawet obecności Arienne.


Mogę  więc  ten  czas  wykorzystać  na  to,  żeby  mu  się  dokładniej  przyjrzeć  i przeanalizować,  co  dziś  usłyszałam.  Milady  Tessiego  tak  długo  rozwodziła  się  na  temat  przyjemności,  jaką  muszę  sprawić  mojemu  Mistrzowi,  żeby  zrekompensować  jego  poświęcenie  dla  mnie,  
Z takim poświęceniem ryćkał mnie na stole podczas uczty, że aż obtarł swojego Olbrzyma w mojej ciasnej, dziewiczej dziurce!


że  teraz  poważnie  rozważam  możliwość  realizacji  tego  zadania.
Realizacji zadania publicznego nr QWERTY/1233456/2017. Nie wiem, po co Arienne kształciła się na czarodziejkę, skoro wyraźnie widać, że z powołania jest urzędniczką.


Pod  względem  wyglądu  Anturyjczykowi  nie  mogę  nic  zarzucić.  Może  poza  tymi  brzydkimi  siniakami  na  obliczu,  ale  to  przecież  nie  z jego  winy,  no  i chwilowe.  Z jego  twarzy  bije  w tym  momencie  taki  błogi  spokój.  Niezmącony  ściągniętymi  w gniewie  grubymi,  czarnymi  brwiami  ani  karminowym  blaskiem  w oczach.  Poza  momentami,  gdy  w jego  źrenicach  tli  się  złość,  jego  magnetyczny  wzrok  potrafi  naprawdę  zahipnotyzować  i sprawić,  że  zapomina  się  o reszcie  świata.  I ten  jego  piękny  profil!
Człowiek o tak pięknym profilu nie może być zły, absolutnie nie!!!


Lustruję  uważnym  spojrzeniem  resztę  jego  sylwetki,  aby  w końcu  stwierdzić,  że  przynajmniej  w tym  zakresie  to,  co  w końcu  będzie  zapewne  nieuniknione,  nie  powinno  stanowić  aż  tak  wielkiej  bariery.
Podoba  mi  się!
I O TO CHODZIŁO! YEAH!!!
https://media1.tenor.com/images/8a77c55f726cf251a4396a77c4d2197e/tenor.gif?itemid=5543979


(...)
Odczekuję  ponownie  moment,  żeby  sprawdzić,  czy  Severo  się  nie  obudzi,  a widząc,  że  dalej  nieświadomy  niczego  drzemie,  wsuwam  dłoń  pod  jego  i z zadowoleniem  odkrywam,  że  mimo  iż  ta  jego  mocarna  ręka  pozostaje  ciągle  chłodna,  to  i tak  jest  dużo  cieplejsza  niż  kiedykolwiek  wcześniej,  gdy  miałam  z nią  styczność.


Wyswobadzam  dłoń  z jego  potężnej łapy Hellboya,  po  czym,  leżąc  na  boku  i długo  wpatrując  się  w śpiącego  obok  Mistrza,  sama  odpływam  do  krainy  snów.


Z czerwono-złotej sypialni pozdrawiają: Kura po urlopie nad stertą papierów więźniów do ścięcia, Vaherem w płaszczu w kratę i z kieszonkowym zegarkiem  i Kazik doglądający hałdy mieczy,

a Maskotek pilnie ćwiczy zaklęcie Zamkus Rozpierdolus… Uważajcie na głowy!